A po ciąży... Czyli egoistyczne wyzwania na kolejne miesiące

Znacie to piękne powiedzenie, że gdy żona/matka jest szczęśliwa to i mąż/dziecko będzie szczęśliwe? Staram się o tym pamiętać, a przede wszystkim pamiętać o sobie - widzę różnicę w moim podejściu i chęci do czegokolwiek w chwilach, w których jestem zadowolona i w tych, w których jestem przygnieciona obowiązkami, bez momentu dla siebie.



Postawiłam sobie za punkt honoru, że wchodząc w nową rolę - matki, nie zapomnę o tym, że oprócz baru mlecznego na każde zakwilenie, będę też kobietą. I żeby była jasność - spełnioną kobietą.

Czasem się boję, że pieluszki zasłonią mi cały świat i zanim się spod nich wygrzebię będę się poruszać na balkoniku. Powiedziałam już Wysokiemu, że trzeba mnie będzie szturchnąć, jeśli przestanę chodzić po domu w czymkolwiek innym niż w jego bokserkach i koszulce (tak, to w tym momencie najwygodniejsza piżama) i potelepać, jeśli przestanę, dajmy na to, myć zęby.

Boję się, że hormony zrobią mi w środku prawdziwą rewolucję, a ja zamknę się w sobie i przestanę się cieszyć tym czym powinnam, czyli rodziną, a zacznę przyrastać do telewizora, razem z Leonem, niczym rozżalona stara baba. Stąd już prosta droga do depresji. Ach, pani do nas? Zapraszamy, mamy jeszcze jedno wolne miejsce na dnie rozpaczy. 

Jestem podatna na huśtawki hormonalne - kiedyś źle dobrane tabletki zrobiły mi prawdziwą dziurę w czaszce, a ja ocierałam się o stany lekko depresyjne. Nie lubię wracać do tego okresu i nie mam w związku z tym najlepszych wspomnień, ale grunt, że ktoś podsunął mi pomysł, że to być może tabletki sieją takie spustoszenie i powodują mój wewnętrzny ból istnienia. 

Dlatego jestem przygotowana na podobne jazdy tuż po porodzie.
Postanowiłam zadbać o to wcześniej i poinformowałam przyjaciół, że gdybym zaczęła się staczać i przypominać zombie - trzeba będzie interweniować, a przynajmniej zapuścić jakąś solidną motywacyjną pogawędkę. 

W międzyczasie szukam sobie nowych wyzwań, żeby mieć w co brnąć na wypadek złego nastroju.

Bardzo egoistyczne wyzwania na kolejne miesiące
(zebrała i spisała Nadine na potrzeby własne) 

Oprócz tego, że zamierzam szybko zrzucić to co przybrałam przez ostatnie 3/4 roku, planuję pójść krok dalej i w końcu osiągnąć satysfakcjonującą mnie figurę. Podobno karmienie piersią sprzyja chudnięciu, więc jestem na dobrej drodze. 

Drugim moim prywatnym wyzwaniem będzie ogarnięcie szafy - tak jak teraz na to patrzę, to marzę o tym, żeby cała jej zawartość spłonęła i żebym mogła zacząć tworzyć swoją garderobę od samego początku. 

Już naprawdę nie mogę się doczekać, aż będę mogła wyrzucić moje ciążowe-już-przykrótkie koszulki i cały ciążowy arsenał! Patrzę z zazdrością na witryny sklepowe i marzę o spójnej szafie, która będzie wygodna, ładna i funkcjonalna. 

Póki co szukam inspiracji w sieci, w głowie obmyślam mój codzienny uniform, posiłkuję się książką Joasi - Slow Fashion i blogiem Ubieraj się klasycznie. Obiecałam sobie, że nie ruszę z zakupami ciuchowymi do momentu, w którym nie pozbędę się rzeczy, których totalnie nie będę nosić i nie stworzę listy produktów, których potrzebuję.

Z tej okazji powstał Second Hand Nadine, gdzie możecie kupić za grosze ubrania, których nigdy w życiu nie założyłam lub takie, które są w bardzo dobrym i dobrym stanie i mogą się komuś przydać. Ceny są potwornie zaniżone, ale to dlatego, że zależy mi na jak najszybszym wyczyszczeniu przestrzeni, no i bądźmy szczerzy - naprawdę nie mam czasu prasować tych ciuchów do zdjęć! Oprócz ubrań są też książki i gadżety. Właściwie codziennie dorzucam coś nowego. 

Moje trzecie wyzwanie to dokończenie magisterki i na dobre zamknięcie tematu studiów aż do obrony. Nie spinam się tym jakoś specjalnie, bo napisałam już z 70% pracy, ale chciałabym w sierpniu mieć to po prostu z głowy. Miejmy nadzieję, że Babcia Kropka będzie wyrozumiała, kiedy będę stukać u niej na tarasie pracę naukową, no i trzymajmy kciuki, żeby Kropek współpracował. 

Po czwarte: ogarnąć przestrzeń. Strasznie się ekscytuję tym wyzwaniem, bo od sierpnia wchodzimy do właściwie pustego mieszkania, które będziemy mogli zagospodarować według własnego widzimisię. To będzie świetna okazja do ogarnięcia przestrzeni! Zamierzam stworzyć przytulny kącik Kropka w naszej sypialni i wygospodarować miejsce na moje biuro - najpiękniejsze i największe biurko świata już czeka w piwnicy. Nie mogę się tego doczekać! 

No właśnie, a co pracą? W dalszym ciągu zamierzam pracować, tyle, że trochę mniej. Nie wiem jak to wyjdzie w praniu. Na ten moment pracuję na zapas, gdybym w lipcu nie była w stanie się ogarnąć do końca - liczę na to, że w sierpniu osiągniemy już jakąś równowagę. 

Chcę też wyjść na prostą z blogiem - zauważyliście pewnie, że odzywam się bardzo rzadko? Znacznie częściej znajdziecie mnie na instagramie: @bomabycmrucznie. Byłam pewna, że do porodu uda mi się wcielić mój misterny plan w życie i przenieść bloga na WP, ale to by w tym momencie wymagało podcinania sobie żył, dlatego odwlekam temat na moment, w którym stanę na nogi po porodzie.  Trudno, nie można mieć wszystkiego. 

No i przede wszystkim chcę być najlepszą mamą dla mojego dziecka. Ciągle liczę na to, że super moce cudownie na mnie spłynął zaraz po porodzie i instynktownie będzie wiedziała co, z czym, dlaczego i po co. Liczę też na to, że szybko zatrybimy we czwórkę - Ja, PW, Mały Człowiek i Kot. 

Skupienie się na sobie i swoich potrzebach po ciąży to trochę taki wstęp do terapii na samej sobie - chcę czuć się dobrze w swojej skórze, chcę cieszyć się każdym dniem i mieć coś, do czego mogę dążyć. Obawiam się, że powrót na Koniec Świata - na krótko bo na krótko, ale jednak - będzie mocno odczuwalny i dla mnie i Wysokiego. Nie chcę dawać szansy smutkom, żalom i innym płaczom na rozprzestrzenienie się. Chcę umieć się cieszyć nowym rozdziałem.

Jeśli jestem zbyt optymistycznie nastawiona do życia z dzieckiem i wyobrażam sobie nie wiadomo jaką ilość czasu i chęci, proszę, nie sprowadzajcie mnie na ziemię - po prostu napiszcie mi co można zrobić, żeby wszystko zatrybiło. 

Zrób sobie urlop! Przepis na udane wakacje

Pamiętam te piękne czasy, kiedy koniec roku szkolnego to był prawdziwy koniec roku szkolnego i jedyne co za sobą pociągał to WAKACJE.


Pamiętam te dwa miesiące laby, podczas której nie działo się nic produktywnego (tak jak teraz sobie  o tym myślę), dużo się spało, trochę podróżowało, nadrabiało się książki i filmy. I chociaż zawsze obiecywałam sobie, że TE wakacje będą tymi przełomowymi, a ja (wybierz dowolne) schudnę/napiszę książkę/pojadę na stopa do Portugalii/zakocham się/wymyślę coś, co jeszcze nie istnieje, ale ludzkość z pewnością będzie mi za to wdzięczna, to i tak w ostatecznym rozrachunku okazywało się, że nawet opalenizna, na którą tak ciężko pracowałam wystawiając plecy do słońca, nie jest jakaś spektakularna. 

Mimo wszystko, wraz z przyjściem wakacji, jakoś tak... bardziej się chciało. Mimo, że właściwie niewiele się robiło to chęci, jakimś cudem, można było z siebie wykrzesać. 

Potem, kiedy zaczęła się praca, okazało się, że wakacje nie smakują już tak samo, a ja czekam tylko na tydzień urlopu, żeby zniknąć z kraju i przeżyć przygodę życia. I faktycznie - zazwyczaj ten tydzień w ciepłych krajach, który wyrywałam sobie z całego roku był niesamowity i wynagradzał mi pozostałe 50 tygodni ciężkiej pracy. Do tej pory uważam, że naprawdę warto wywlec kieszenie na lewą stronę i wszystkie swoje oszczędności wpakować w niezapomniany urlop (przypominam: przepis na tanie wakacje), gdzie ma się pewność, że świeci słońce i gdzie po prostu pachnie przygodą. 

W tym roku, gdyby nie to, że przez moją studencką karierę przetoczyła się sesja, pewnie nawet nie zauważyłabym, że mamy wakacje. Jakoś tak odsunęłam na bok myśl o najcieplejszych miesiącach w roku. Nie rozglądałam się za żadną letnią sukienką, stroje kąpielowe omijałam szeroki łukiem. Nie przetoczyły mi się przez ręce żadne oferty wycieczek czy innych wakacyjnych wojaży. 

Na śmierć zapomniałam o wakacjach. 

I właściwie to całkiem logiczne - te wakacje to będzie zupełnie coś innego niż zwykle. Dużo bardziej spektakularnego niż tydzień czy dwa na Fidżi i na pewno dużo bardziej ekscytującego niż nurkowanie z rekinami, tfu, delfinami.  Ale to nie zmienia faktu, że połowa roku to już najwyższy czas, aby naładować baterie. 

Dlatego, nawet jeśli fizycznie nigdzie nie wybieracie się w te wakacje i nie macie w planach wielkich przygód, to macie totalne prawo znaleźć czas na odpoczynek. Mentalny urlop to NIEZBĘDNIK tego sezonu, jasne?



Bez czego nie wyobrażam sobie wakacji? 
Zebrała i spisała Nadine na podstawie własnego doświadczenia


Bez pikniku! 
W Krakowie to zupełnie normalne, że w centrum miasta, na kawałku zieleni, rozkładają się studenci/nie studenci. W sesji próbują się uczyć, a poza sesją wygrzewają tyłki czytając książki i pogryzając arbuza. Piknik to dobry pomysł ZAWSZE - kontakt z przyrodą, odrobina relaksu i świeże (no, umownie świeże) powietrze.  Do tego coś dobrego do jedzenia i właściwie to cały przepis na wakacje w pigułce.

Bez dobrej książki! 
I to najlepiej czytanej na kocu. Jakoś tak mam, że w wakacje wracam do powieści, chociaż przez resztę roku mogę zaczytywać się non stop w poradnikach. To moja koszmarna przypadłość - uwielbiam poradniki!

W tym momencie pochłaniam te o dzieciach, wcześniej o motywacji czy organizacji. Problem z poradnikami jest taki, że w którymś momencie ma się dosyć - mózg paruje, wszystkie kabelki się przegrzewają i to by było na tyle. Więcej nie wyciśniesz.

Dlatego na wakacje oprócz tego, że wybieram powieści, to jeszcze szukam takich, w których znajdę przynajmniej namiastkę przyjemności podróżowania. Jeśli fizycznie nie mogę wybrać się w jakieś ciekawe miejsce, to czemu by nie skorzystać z możliwości podróżowania, jakie daje książka?

Ostatnio dzięki uprzejmości Wydawnictwa Otwartego, trafiła w moje ręce książka, która zawiera wszystkie parametry książki wakacyjnej. Po pierwsze: jest gruba. Po drugie: szalenie wciągająca. Po trzecie: niebanalna. Po czwarte: nieoczywista i po piąte: zabiera Cię tam, gdzie akurat nie możesz być. W tym przypadku: do Argentyny.

Nie chcę Wam tutaj psuć zabawy, więc już się zamykam. Książka "W krainie kolibrów" ma swoją premierę właśnie dzisiaj. Historia Anny i równolegle historia Viktorii, zaczyna się w roku 1863. I chociaż nie przepadam za opowieściami z czasów, które ciężko mi sobie wyobrazić, ta była na tyle wiarygodna, że wszystko mogłam sobie bez problemu poukładać w głowie. A w tych sprawach, jestem - no cóż - wybredna.

Mimo 600 stron, książkę czyta się bardzo szybko i z przyjemnością. To naprawdę przemiły przerywnik dla tych, którzy na co dzień omijają podobne pozycje szerokim łukiem i totalny wakacyjny must have dla wszystkich tych, którzy lubią podróżować w każdym tego słowa znaczeniu.

Jedyne do czego mogę się przyczepić to to, że już się skończyła, a na kolejne części sagi trzeba jeszcze chwilę poczekać.

Bez pysznego jedzenia! 
Owoce, owoce i jeszcze raz owoce, a potem lody, lekkie sałatki skropione odrobiną oliwy i cała masa świeżych warzyw, które po ugotowaniu stanowią cały, pełnowartościowy obiad. Wakacje to dla mnie czas owsianki z truskawkami/malinami/borówkami (niepotrzebne skreślić), koktajli i smoothie. To też moment, kiedy na obiad gotuję wielką porcję fasolki szparagowej i nic więcej.

Idziemy dalej: sałatki ze świeżych warzyw: pachnących pomidorów i soczystych ogórków. W tym roku jestem wyjątkowo wyczulona na smaki i zapachy, więc jedzenie sprawia mi podwójną przyjemność. A jedzenie świeżych warzyw i owoców sezonu letniego to już prawdziwa magia. Smutno by było nie robić sobie wakacyjnego cateringu.



Bez porządnej ilości snu! 
I mam tutaj na myśli nie tylko ilość, ale też jakość. Bo do całej ceremonii spania należy doliczyć wieczorne przygotowania do wskoczenia w piżamę i cały poranek.

Kiedy w okresie wakacyjnym z głowy spada (przynajmniej) obowiązek edukacji, warto przyjrzeć się temu, jak wgląda czas, który ma służyć regeneracji. Jeśli już nie pamiętasz jak to jest się uczyć, a potem świętować wakacje, weź pod uwagę, że latem dużo łatwiej zmobilizować się do wcześniejszego wstawania, a rześkie poranki są jakieś takie bardziej przyjemne. A poza tym - miło jest się wyspać, dlaczego by więc nad tym nie popracować?

Bez zrobienia czegoś WIELKIEGO!
Pamiętacie jak pisałam, że każde wakacje zaczynały się obiecywaniem złotych gór, a ostatecznie po dwóch czy tam trzech miesiącach okazywało się, że właściwie niewiele się zmieniło w porównaniu do punktu wyjściowego? Dlatego weź na siebie coś wielkiego i zadbaj o to, żeby stanowiło to myśl przewodnią najbliższych miesięcy.

Wszystko jedno, czy chodzi o wprowadzenie regularnej aktywności fizycznej czy może szykujesz się do maratonu albo pragniesz rozwijać swoje zdolności taneczne. Postanów sobie, że za dwa miesiące osiągniesz taki, a nie inny cel i nie pozwól sobie wmówić, że będzie inaczej!

Z doświadczenia wiem, że lepiej skupić się na jednej rzeczy, niż zaplanować rewolucję na każdym froncie, a potem wywiesić białą flagę.

Bez pracy nad sobą! 
No dobrze - załóżmy, że coś wielkiego z poprzedniego punktu ma się nijak do pracy nad sobą. Może zapragniesz skoczyć na bungee i to będzie jak najbardziej w porządku. Te dwie kategorie mogą, choć absolutnie nie muszą się zazębiać.

No bo widzisz, w tak zwanym międzyczasie możesz skupić się na swoim jednym nawyku, który przyprawia Cię o dreszcze. Czy nie byłoby cudownie móc się pozbyć czegoś, co psuje Ci nastrój, alby zyskać coś nowego, dzięki czemu będzie Ci się żyło lepiej? Weź pod lupę swoje nawyki i zastanów się czego możesz się pozbyć, albo co warto wypracować.

Na pocieszenie i w ramach dopingu powiem tylko, że już po miesiącu osiągniesz pierwsze sukcesy na wybranej płaszczyźnie.

Mysz, Kot moich rodziców: Poczekaj, sprawdzę czy wszystko jest 

Bez wyjścia ze strefy komfortu!
Uwielbiam ten punkt, chociaż rzadko mam ostatnio okazję go stosować. Dla mnie wychodzenie ze strefy komfortu ma w sobie coś niezwykłego. Wiecie, adrenalina, hormony szczęścia, to uczucie, że to jest jeden z tych momentów, które warto zapamiętać i wrażenie, że właśnie tak smakuje życie.

Brzmi górnolotnie? Bardzo możliwe.
Ale postaraj się każdego dnia robić coś, co ewidentnie będzie dla Ciebie dobre, chociaż nie zawsze będziesz się z tym czuć swobodnie. Czasem zaszalej i zrób coś, czego się po sobie nie spodziewasz. Poczujesz się inaczej, lepiej, pewniej i na pewno bardziej "żywo" niż do tej pory.

Czyli dokładnie tak, jak na najlepszym urlopie w Twoim życiu.


Na zakończenie przypominam stary wpis, a w nim 60 pozycji do odkreślenia w wakacje.

A jakie są Wasze pomysły na urlop, kiedy ewidentnie na takowy się nie zapowiada? 

Rewelacje trzeciego trymestru ciąży

Podobno po porodzie zapomina się o wszystkich dolegliwościach ciążowych i ostatnie dziewięć miesięcy pielęgnuje się w pamięci jako stan błogosławiony. W ogóle, podobno na widok własnego dziecka przychodzi zaćmienie i nie pamięta się już bólu i krzyków: "to ostatni raz, zapomnij, że będziemy mieć więcej dzieci!".

Nie wiem, jeszcze nie rodziłam. 

Ale na wszelki wypadek rewelacje trzeciego trymestru zaserwuję Wam już teraz, gdybym potem dostała amnezji i twierdziła, że ostatni trymestr to był najlepszy czas mojej ciąży. 
Otóż nie był. To znaczy - nie jest.



Bałam się, że złe samopoczucie z pierwszego trymestru do mnie wróci. W myślach dodawałam sobie do tego dodatkowe kilogramy i piłkę lekarska przyszytą do brzucha. W mojej głowie to była mieszanka wybuchowa nie z tego świata, a ja przecież nie mogłam sobie pozwolić na to, żeby spocząć na laurach. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że moja ciążą nie była/jest aktywnym czasem - jasne, od aktywności fizycznej jako takiej trzymałam się z daleka - o czym zaraz - ale działałam na kilku frontach i to z taką siłą rażenia, że mogę być z siebie dumna. 

Byłam zdziwiona, kiedy okazało się, że przez siódmy i ósmy miesiąc czułam się tak samo dobrze jak w drugim trymestrze (kiedy zapominałam o tym, że noszę Kropka), z tym, że było mi odrobinę ciężej niż zwykle i męczyłam się odrobinę bardziej niż zazwyczaj. Wchodzenie na drugie piętro z zakupami było dla mnie jak siłownia, a na dłuższym spacerze zaliczałam wszystkie okoliczne ławki. 

Niestety, nie starczyło mi czasu na regularny ruch podczas ciąży. Zamierzałam się wybrać na jakieś zajęcia dla kobiet w ciąży, żeby nie zesztywniały mi kości, ale ze względu na napięty grafik, nawet nie spróbowałam. Wypytywałam też lekarza o odpowiednią dawkę ruchu i okazało się, że jeśli zacznę prowadzić bardziej aktywne życie niż do tej pory, to mogę tylko zaszkodzić sobie i dziecku. Prawdę powiedziawszy całe wieki nie rozmawiałam z moim fit-wcieleniem, więc nie było sensu porywać się z motyką na słońce. 

Miałam też ochotę skoczyć do szkoły rodzenia, ale z tego samego powodu nawet nie zaczęłam się tym poważniej interesować. Wyszłam z założenia, że kiedyś kobiety rodziły bez szkoły rodzenia i dawały radę, a ja wolę poświęcić więcej czasu Wysokiemu albo po prostu się przespać. 

Dopiero w dziewiątym miesiącu zaczęłam odczuwać potrzebę popołudniowych drzemek. Gdzieś po 12:00 ścina mnie z nóg i jeśli nie przymknę na chwilę oka to potem jestem strasznie rozlazła.

W dziewiątym miesiącu miałam też zaszczyt poznać zgagę. Tak jak do tej pory nie wiedziałam na czym ona polega, tak teraz wiem już doskonale. Z moich obserwacji wynika, że najlepiej ze zgagą radzi sobie woda gazowana, ale krążą legendy, że czasem trzeba się wybrać po coś specjalistycznego do apteki. 

Podobno w 9 miesiącu kobiety puchną. Fakt - noszenie obrączki jest teraz trochę problematyczne. O ile jeszcze jako tako zagnieżdża mi się na palcu, tak muszę odprawiać czary, żeby ją z tego palca zdjąć. Na szczęście nie mam efektu baleronu w okolicy kostek i jedynie po całym dniu na nogach lekko odbijają mi się skarpetki. Wróć: BARDZO odbijają mi się skarpetki. 

Aha, właśnie - zbyt długie stanie w jednej pozycji sprawia, że robi mi się słabo. Mam nadzieję, że Ci wszyscy niemili ludzie w autobusach będą mieli za swoje, kiedy ostatecznie zejdę w przejściu. 

Trzeci trymestr to też oprócz różnych ciekawych dolegliwości niesamowite odczucia. Bo Maluch kopie teraz mocniej niż zwykle (i zazwyczaj wtedy, kiedy Ty już planujesz kłaść się spać). Czasem dostanie się w żebro, czasem w żołądek i o 5 rano lecisz do łazienki zwracać to, co zostało jeszcze z kolacji. Mam wrażenie, że Kropek uwielbia uciskać piąstkami mój pęcherz i wszystkie inne kabelki, które mam w środku. Czasem wygnie się tak niespodziewanie, że muszę sobie kucnąć - naprawdę nie wiem skąd on ma tam tyle miejsca i skąd bierze na to energię. 
Za to wiem skąd się wzięły moje rozstępy na brzuchu. 

Kiepsko śpię. Nie tylko dlatego, że Kropek urządza sobie nocne imprezy, ale też dlatego, że jest mi po prostu niewygodnie. Okładam się poduszkami z każdej możliwej strony - między nogami, pod brzuchem, pod ręką, nad ręką i tak dalej ale i to jest za mało. Zgaga, wstawanie na siusiu, koszmary (tak, znowu wracają sny, których nie powstydziłby się żaden człowiek na haju) i brak możliwości ułożenia się, WYGODNEGO ułożenia się, sprawiają, że nocą właściwie niewiele sypiam. 

Aktualnie jestem na początki 39 tygodnia ciąży i powiem Wam szczerze, że nie mogę się doczekać aż Kropek będzie już z nami. Odnoszę wrażenie, że dolegliwości ostatnich miesięcy są zsyłane na kobiety celowo, żeby miały już dosyć i z radością oddały się ceremonii porodu. Bo prawda jest taka, że ostatnie tygodnie są po prostu męczące. Tak męczące, że masz ochotę odpiąć brzuch i położyć go obok. 

Nie myślcie sobie, że narzekam - jestem bardzo optymistyczna, cieszę się, że już bliżej niż dalej i, że niedługo będę mogła uściskać mojego syna, bez względu na to jakim bólem będzie to okupione i ile razy zwyzywam Wysokiego. 
Jestem przekonana, że oskarżę go o zło całego świata i dojdę do wniosku, że to wszystko jego wina. Wysokiego, nie Kropka. 

No cóż. Zrzucę wszystko na hormony. 

Krótka historia o ogarnianiu

Mam ostatnio ogromną potrzebę uporządkowania żywcem wszystkiego

Zaczynając od mieszkania, poprzez szafę, moje notatki, komputer, telefon, aż po nawyki. Mam ochotę wszystkiemu przyjrzeć się z bliska i stworzyć sobie przestrzeń, w której będę się dobrze czuła, stworzyć rytuały, które będą trzymać w ryzach moją rodzinę, i w końcu pozwolą mi działać jakimś sensownym systemem, Marzy mi się stu procentowa organizacja i stuprocentowe zadowolenie z życia.



Do tej pory próbowałam jako-tako uporządkować swoje otoczenie. Czytałam z szeroko otwartymi oczami o minimalizmie, o porządku, o organizacji... to było wtedy takie EKSCYTUJĄCE i inne - byłam przyzwyczajona do życia w chaosie. Umówmy się - często mam słomiany zapał, jestem łajzą i ślamazarą, a mój poziom ogarnięcia się można by przyrównać do poziomu edukacji maluchów w żłobku. Byłam tym wszystkim strasznie podjarana i chciałam wszystkie zmiany wprowadzić na szybko i już. Byłam gotowa wywrócić wszystko do góry nogami i czasem faktycznie mi się to udawało. Na dwa dni, tydzień. Potem niestety wracałam do swoich dawnych przyzwyczajeń.

Bardzo szybko się poddawałam. Widzicie, wraz z porządkowaniem przestrzeni okazywało się, że brakuje mi TYLU rzeczy i drugie tyle może nie na gwałt, ale też by się przydało. Popadłam w pułapkę zapisywania długich list, bez realizacji których mogłam tylko pomarzyć o zadowoleniu.

Musiałam mieć więcej, lepiej, inaczej, żeby moja organizacja otoczenia miała jakikolwiek sens. A potem wkurzałam się, że nie mam gdzie tych wszystkich niezbędników pomieścić i upychałam je kapciem pod łóżko, żeby tak bardzo nie rzucały się w oczy. I w przenośni, i dosłownie. 

Przez to, że organizacja przestrzeni wymagała ode mnie dużo czasu i - jak wtedy sądziłam - pieniędzy, bardzo szybko się zniechęcałam. To dlatego moje miejsce pracy w naszym mieszkaniu ograniczało się do biurka i krzesła. Biurka - zbyt małego i zbyt niskiego, żeby można było mówić o wygodnej pracy. Ostatecznie nawet z niego nie korzystałam, bo wolałam rozwalić swoje materiały do pracy na stole, a obecnie pod biurkiem i na nim składujemy rzeczy dla Kropka. Z krzesła najczęściej korzystał Kot, albo koledzy Pana Wysokiego, podczas turniejów w Fifę. 

Wszystko było w pewnym zawieszeniu - Zaczynałam zmieniać swoje życie, a potem było mi niewygodnie, więc wciskałam pauzę i znowu byłam Nadiną, która nie ma w szafie czarnych rurek pierwszej potrzeby, a zamiast tego kupuje kimono.

I wiecie, mówię tutaj na przykładzie zerowej organizacji mieszkania, ale prawda jest taka, że przełożyło się to na każdy inny aspekt mojego życia. Wlazło i do szafy i do rytuałów, do nawyków, do postanowień, do codziennego życia młodych małżonków i ich kota.

Chciałam, ale nie mogłam.
Chociaż teraz sobie myślę, że niewystarczająco chciałam, bo... z pewnością mogłam.

I może potrzebowałam jakiejś bomby atomowej w moim życiu, żeby w końcu poczuć, że potrzebuję porządku na każdej płaszczyźnie. Że potrzebuję mieć bardziej zorganizowaną przestrzeń, czyste mieszkanie, którego nie zawalam klamotami, mniej rzeczy, ale za to lepszej jakości. Że potrzebuję rutyny, która uporządkuje ten sajgon w którym teraz się znajduję.

Poczułam jak nigdy w życiu potrzebę stworzenia czegoś od nowa, w czym będziemy się dobrze czuć i ja i moja rodzina. Chyba pierwszy raz poczułam to od środka, a nie pikowałam w siebie wyimaginowane potrzeb z zewnątrz.

Prawdę powiedziawszy, przez większość ciąży nie miałam jakoś specjalnie czasu, żeby nad czymkolwiek się zastanawiać. Przeważnie wszystko robiłam mechanicznie. Najpierw ślub, potem sesja, potem magisterka, potem wyprawka, sesja, teraz wyprowadzka, a to wszystko przeplatane pracą. Za wyprawkę wzięliśmy się wybitnie późno (o czym innym razem), ale to właśnie ona uświadomiła mi, że mam poważny problem.

Oraz, że POTRZEBUJĘ przejechać odkurzaczem po całym moim życiu, żeby ostatecznie wyciągnąć z niego to co najlepsze.

Po pierwsze: podczas kompletowania wyprawki zrobił nam się w domu burdel z prawdziwego zdarzenia. W naszym krakowskim mieszkanku dziecko zmieści się tylko i wyłącznie pod warunkiem, że meble w salonie zyskają na funkcjonalności. Niestety przez ograniczone miejsce do przechowywania ledwo mieścimy się tam we dwoje, a co dopiero jeszcze dziecięcy arsenał. Więc składowaliśmy kolejne sprzęty po kątach, aż wyrosły całe góry dziecięcych niezbędników, jedna góra mojej pracy magisterskiej i jeszcze jedna - z pudłami do pakowania w ramach przeprowadzki.

Zrobiło się tak tłoczno, że sprzątanie ograniczałam jedynie do przetarcia kurzu z wierzchu i do tańca z odkurzaczem. Koszmarnie źle się czułam w tej graciarni, ale niewiele mogliśmy zrobić, aby się tego pozbyć.

Po drugie: mimo długich zapewnień, że nie będę szalała na dziecięcych zakupach, popłynęłam.

Starałam się jak mogłam ograniczyć wyprawkę do niezbędnych rzeczy, bo nasłuchałam się historii o tym, że z połowy gadżetów ani rodzice, ani maluch nie korzystają. Wychodziłam z założenia, że przecież zawsze lepiej coś dokupić, kiedy zajdzie taka potrzeba, niż potem zastanawiać się co zrobić z dodatkowymi pojemnikami na pokarm  do mrożenia, czy coś w tym stylu. I chociaż w kwestii sprzętów około dziecięcych nie poszło mi tak najgorzej, tak w szafie Kropka zobaczycie garderobę dla trojaczków i to jeszcze z zaznaczeniem, że przez miesiąc nie założą dwa razy tego samego body.

Przyznaję, dałam ciała. Przyrzekłam uroczyście, że wyprawkę na rozmiar 68 i w górę skompletuję trochę bardziej roztropnie i zadbam o to, żeby Młodzieniec nie miał więcej ubrań niż ja.

Strasznie mnie to przeraziło, bo dzień zaczynałam od przeglądania sklepów z dziecięcymi ciuchami online i jak głupia wrzucałam wszystko do koszyka. Na szczęście w porę przywaliłam sobie w łeb - miałam problem. Wyjątkowo duży problem. Bo nie ograniczał się jedynie do ubranek dziecięcych. Byłam równie rozrzutna w sklepach skupiających się na dekoracjach do domu. Których - tak między nami - miałam i tak całe stosy, najczęściej poupychane w szafach. Dekoracji, nie sklepów.

Po trzecie: Poradniki dotyczące pierwszych miesięcy życia z dzieckiem, wywiady środowiskowe i setki stron internetowych uświadomiły mi, że bez ram, które ustalimy wspólnie z Panem Wysokim i szeregów powtarzających się czynności, które dadzą Młodemu poczucie bezpieczeństwa - za daleko to my nie pojedziemy.

Moja osobista rutyna (w momencie, kiedy Wysoki jest w delegacji) praktycznie nie istnieje. Kiedy jesteśmy we dwoje jeszcze jako tako wszystko nam się klei, a wszelkie zgrzyty w tej materii zrzucałam na natłok obowiązków.

Mówiłam sobie, że jak skończę studia, że jak będzie po ślubie, że jak napiszę magisterkę, że jak... to wtedy będę w pełni panować nad domowym budżetem, jadłospisem, porządkiem i ogólnie, wezmę się za "budowanie rodzinnych tradycji". Sęk w tym, że cześć z tych rzeczy już z siebie zrzuciłam i wychodzi na to, że zawsze znajdę coś nowego, co sprawi, że będę chciała odłożyć to na później.
Nie ma opcji.

Jestem zmotywowana i czuję nieodpartą potrzebę ogarnięcia się. Dlatego oficjalnie ogłaszam - od tego momentu znajdziecie tu wzloty i upadki, pomysły i eksperymenty oraz jakieś milion prób i błędów stworzenia prawdziwego domu w wykonaniu Nadine. Lat 23 i pół.

Właściwie to przede wszystkim o tym będzie nowa odsłona Bo ma być mrucznie.