W ostatnim odcinku... #4

Ten tydzień sponsoruje Wrocław, piwo i Dentosept A. Czy zaiskrzyło między nami? Czy trzeba mnie było nieść na rękach do hotelu? Czy spuchłam z okazji ząbkowania? Tego i kilku innych wspaniałych rzeczy dowiecie się z tego odcinka. 


Na początku tygodnia zorientowałam się, że jestem w kropce, bo przede mną doprowadzanie mieszkania do ładu (powrót Wysokiego) (nie, żebym znowu żyła w burdelu, kiedy go nie ma, ale sami rozumiecie), prasowanie (a robię to średnio dwa razy w miesiącu) i zaplanowanie wycieczki do Wrocławia. 


Tak się złożyło, że w tym miesiącu Wysoki jest w pracy gdzieś w połowie Polski i wraca akurat przez Wrocław. Dostałam natchnienia podróżniczego i obwieściłam, że jedziemy na trzy dni do Wro. Nie było sprzeciwu. Znalazłam hostel, zapytałam Was o kilka obowiązkowych punktów, ale przede wszystkim ustaliłam z PW, że chcemy się powłóczyć po mieście, po prostu. 

Z resztą, każdy nasz pobyt w dużym mieście polega na piciu kawy, wczesnym wstawaniu, dobrym jedzeniu i... zwiedzaniu stadionów. Tak właśnie. Zwiedzaniu stadionów. I tu nie chodzi o moją miłość do piłki nożnej, bo jej, tak między nami, zupełnie nie ma, ale o Wysokiego i jego zachwyt zieloną murawą. 


Ale od początku: W poniedziałek ledwo żywa pobiegłam do Annie, gdzie odbyła się inauguracja nowej tradycji licealnych przyjaciółek: co miesiąc spotykamy się u każdej, po kolei (nie ma tak dobrze jak kiedyś, nie mieszkamy już razem), pijemy wino i jemy dobre rzeczy. To po to, żeby mimo tego całego zamieszania w dorosłym życiu nie stracić kontaktu i przynajmniej (!) raz w miesiącu się zobaczyć. 

W środę oddałam Leona w troskliwe ręce Pani Teściowej, a sama zabrałam się z walizką na dworzec autobusowy. Wpakowałam się w Polskiego Busa i spędziłam upojne cztery godziny na przeglądaniu skraju internetu, chociaż w planach miałam jeden artykuł. Niestety, na tablecie nie potrafię pisać dłuższych wypowiedzi niż komentarze, sorry. Na dworcu czekałam na mnie Marta - nie wiem, znacie może? Tylko niestety, jak to klasyczne mentalne blondynki, ona umówiła się ze mną na pkp, a ja z nią na pks, więc zanim się znalazłyśmy to minęło bardzo długie 30 minut. 


Czy zaiskrzyło między mną a Wrocławiem? Ciężko powiedzieć. Spodziewałam się nóg z waty, palpitacji serca czy coś w ten deseń. Ale zaiskrzyło między mną, Martą i piwem. Dużą ilością piwa. 
Z Martą znamy się już ho-ho, ale po raz pierwszy widziałyśmy się na żywo dopiero teraz. W realu jest tak samo fajna jak na skajpaju czy fejsie. 

Po kilku godzinach dojechał Wysoki i pojechaliśmy do hostelu. Zatrzymaliśmy się w Trio hostel, który był naprawdę w porządku (oprócz tego, że łóżka trzeba sobie złączyć na własną rękę, bo nie posiadają podwójnych), ale niestety nie mieli łazienek w pokojach. Na 5 punktów daję mocne 4, bo zostawili nam kawę i herbatę w pokoju i trzymali nam miejsce parkingowe na naszą prośbę. 


No cóż, a potem bujaliśmy się po mieście (i stadionach), piliśmy piwo (między innymi w Spiżu), szukaliśmy krasnali i tak dalej. Z tego miejsca macham do czytelniczki z piękną fioletową szminką, która miała na tyle odwagi, żeby do mnie podejść w momencie, kiedy mieliśmy z Wysokim poważną dyskusję dotyczącą śpiewających przystanków tramwajowych. 

W piątek zebraliśmy manatki i spakowaliśmy się do auta, a potem pojechaliśmy do Zoo. Aktualnie Zoo bardziej mnie smuci niż cieszy (nie tak jak to było 10 lat temu), bo te biedne zwierzątka tak smutno na mnie patrzą, że aż mi się oczy szklą. Tam też spodziewałam się wielkiego wow, a tu nic. Serce mi pękło kilkadziesiąt razy, zwłaszcza wtedy, kiedy zatrzymaliśmy się w jednym z (niewielu czynnych) punktów gastronomicznych, gdzie przyszło mi jeść zapiekankę z dwiema lwicami. Zapiekanka była do piachu, lwice były smutne. 


W weekend kompletnie umierałam na "ósemkę". Już myślałam, że ominie mnie ten zaszczyt, ale wychodzi na to, że ósemki odezwały się dopiero teraz. Od dwóch dni żywię się papkami i zupami stylizowanymi na kremy. Mam nadzieję, że do soboty (czyli do spotkania!) nie będę już spuchnięta, a przynajmniej nie aż tak. 

!!!

Do "BlogoweLove" zostało już tylko 5 dni! Jeśli nie wiecie o co chodzi to koniecznie zajrzyjcie tutaj! Mam przyjemność współpracować z naprawdę niesamowitymi osobami, więc spotkanie będzie więcej niż fajne. Jutro idę zamykać kilka szczegółów - spieszcie się z rejestracją! 

KOT TYGODNIA

BlogoweLove - spotkanie z czytelnikami!


\
Łaaaaał, już nie wierzyłam, że spotkanie dojdzie do skutku, a tu proszę: spotykamy się już za tydzień! Gdyby nie Mari, która dzielnie dyrygowała akcją, obawiam się, że jeszcze trochę by zeszło... no, nieważne. Jest mi bardzo miło zaprosić Was na spotkanie! (Wspominałam o nim tutaj i większość ankietowanych była mocno za przedsięwzięciem). 

Poznamy się, wypijemy dobrą kawę, zjemy coś pysznego i POGADAMY. Gratisowo dokładam szkolenie, które wyłoży Maciek i będzie dotyczyło - jak się pewnie domyślacie - blogowania.  Nie musicie oczywiście mieć swojego bloga, żeby się pojawić na spotkaniu! Wystarczy, że weźmiecie trochę dobrego humoru w kieszeń i ochotę, żeby poznać kogoś nowego. Kto wie co ciekawego z tego wyjdzie? 

Spotykamy się w Zdrowe Love (jeśli jeszcze nie widzieliście tego miejsca, to odsyłam do wpisu o ZL). Czekam na Was w sobotę (25.10) o godzinie 15:00 na ulicy Józefa Ignacego Kraszewskiego 8/1 w Krakowie. Nie martwcie się: ani ja, ani Mari, Pan Wysoki i Maciek też - NIE GRYZIEMY. 

Co będziemy robić? Przede wszystkim będziemy się dobrze bawić! 

Zarezerwujcie sobie 3-4 godziny w sobotę i dołączcie do nas. Specjalnie dla Was urywam się z seminarium. 

Żeby mieć jakikolwiek pojęcie o ilości uczestników, bardzo Was proszę - zapiszcie się do wydarzenia i KONIECZNIE wypełnijcie króciutką ankietę, którą znajdziecie TUTAJ. Zapisy potrwają do czwartku, 23.10.2014 do godziny 23:59. Jeśli nie macie fejsa, sama rejestracja wystarczy. Powiedziałabym nawet, że jest ważniejsza od wydarzenia na fejsie.  Proszę, potraktujcie zapisy poważnie - zapisanie się oznacza potwierdzenie obecności! 

Poznajmy się! Kawa + rozmowy + więcej rozmów = piękna sobota! (Blogo-szkolenie gratis!)



Mamy pomysł na sobotę - koniecznie wpadnijcie do Zdrowe Love o godzinie 15:00. Poznamy, wypijemy pyszną kawę i rozwiążemy problemy egzystencjalne ludzkości. Blogujecie, zamierzacie blogować albo czytacie blogi? Świetnie! Widzimy się 25ego października! 

Spotkanie kierowane jest do wszystkich, którzy mają ochotę się z nami zobaczyć i fajnie spędzić czas. Przypominam raz jeszcze: nie musisz mieć bloga! Po prostu wpadnij! 
(Ale najpierw dodaj się do wydarzenia i KONIECZNIE wypełnij formularz!) 

To co, do zobaczenia? 

Ach, co to był za Ślub!

Moja kuzynka wyszła za mąż. 
Trafiła mi się w tym przedsięwzięciu mała rola, byłam druhną dowodzącą i przeżywałam to mniej więcej na takim samym poziomie jak Panna Młoda. Jednym z moich honorowych zadań było zorganizowanie wieczoru panieńskiego, a potem (wiesz, że Cię kocham, K.!) znoszenie nastrojów ślubnych Panny Młodej. 


Sam ślub i przyjęcie weselne było piękne. Nie byłam na wielu ślubach w swoim życiu (sezon w mojej rodzinie dopiero się rozkręca), ale ten był wyjątkowy. Być może dlatego, że to moja przyjaciółka i kuzynka w jednym brała ślub i tak, prawdopodobnie to przez to dzielnie znosiłam humory, a potem szczerzyłam się do świata w trakcie przysięgi. Okay, tutaj nie mogę być obiektywna, ale musicie wiedzieć, że sobota 23 sierpnia miała swój niepowtarzalny klimat. 




Raz, że cała impreza odbywała się w klimacie Pana Tadeusza - zaczynając od miejsca ceremonii poprzez miejsce przyjęcia, a na miętowo-brzoskwiniowych dekoracjach kończąc - dwa, że pogoda była idealna i trzy, rany, był to w końcu ślub mojej siostry ciotecznej! 


Jak było? Zaraz po wyjściu z domu, Panna Młoda rozwaliła welon. Posypały się koraliki, które były jego wykończeniem. Czy ja już wspominałam może przypadkiem, że Państwo Młodzi widzieli się dopiero w kościele? Z tej okazji cały piątek krążyliśmy po Lublinie, żeby wypełniać dokumenty. 


No a tu, jak się pewnie domyślacie - ja. 



Suknia Ślubna przyjechała z Gdyni (Państwo młodzi mieszkają w Trójmieście) z salonu Marietta i była klasyczną suknią ślubną w kształcie litery A z koronkową górą. Gdyby Któraś z Was szukała podobnej sukni - ta jest na sprzedaż. Napiszcie do mnie w sprawie szczegółów (kontakt.nadine@gmail.com)! 



Nie chcę, żeby zabrzmiało to źle, ale ksiądz był naprawdę fajny, powiedziałabym nawet, że wyluzowany. Były oklaski, było "możesz pocałować Pannę Młodą", było pięknie. 


To musiałam Wam pokazać - niesamowita księga gości! 



Taaa, nie schodziliśmy z parkietu.


Oprócz świetnej imprezy w namiocie, no, praktycznie pod gwiazdami, rozkręcanej przez DJa, były balony z helem i zimne ognie. Wywiady i przednie zabawy. Dużo wzruszeń, kilogramy szczęścia i wzywanie przez GPS*.



Aż szkoda, że to była tylko jedna noc! 


K, D, wiem, że to czytacie. Mam nadzieję, że już do końca życia będzie Wam aż mdło od tej słodyczy. Trzymam za Was kciuki! 


*Obrączki, znaczy się. 

Zdjęcia wykonał Hubert

W ostatnim odcinku... #3

Zgubiłam Leona. 
Często mi się to zdarza, to znaczy, zaskakująco często kot znika mi z oczy i pojawia się dopiero wtedy, kiedy zamaszyście rozsypię kocie ciastka na panelach, albo otworzę lodówkę, albo drzwi wejściowe, albo... Problem polegał na tym, że tym razem nie dość, że rozsypałam ciastka, trzasnęłam lodówką i otworzyłam drwi na oścież, żeby wyleciał na klatkę do kocich ziomali z góry, to jeszcze zajrzałam dokładnie w każde miejsce, w które się chowa, żeby zrobić mi na złość. Wczołgałam się pod łóżko, otworzyłam wszystkie szafki w kuchni i niespokojnie spojrzałam na dopiero co włączoną pralkę. 


Byłoby bardzo, ale to bardzo smutno, gdybym wyprała kota. 

Przyznaję, spanikowałam. 

Przyszło mi do głowy, że swoje tłuste i osierścione ciałko przecisnął przez uchylone okno (ma takie zapędy) i teraz bawi się z gołębiami na zewnątrz, albo... to one bawią się nim. 
Nie reagował na absolutnie nic, a zwykle jak się krzyczy Leon to po którymś razie ma dosyć i przychodzi sprawdzić co się dzieje. 

Okazało się, że zamknęłam go w koszu na pranie.

W weekend musiałam biedaka na długo zostawić samego. Być może to dlatego tak bardzo próbuje zwrócić na siebie uwagę. Wezwała mnie uczelnia i musiałam sobotę i niedzielę spędzić na Uniwersytecie Ekonomicznym. W końcu wybrałam promotora, wyjątkowo otworzyli specjalność na której mi zależało (mam wrażenie, że zawsze w tej kwestii robili mi na złość)  - Zarządzanie i doradztwo personalne i było prawie miło. Już naprawdę chciałabym zamknąć ten rozdział w moim życiu, obronić pracę magisterską i poświęcić ten czas na coś innego. 
Po prostu już mi się nie chce. 


Miałam bardzo pracowity tydzień. Znowu zaczęło się zamykaniem zleceń, kilkoma spotkaniami i śniadaniem biznesowym, na które w końcu udało mi się pójść. Z tej okazji w poniedziałek musiałam na gwałt zamawiać wizytówki, żeby na czwartek skoro świt do mnie dotarły. Strasznie stresowałam się tym spotkaniem i z nerwów nic nie zjadłam, nawet nie wypiłam kawy. Był to dla mnie olbrzymi krok poza strefę komfortu, ale powiem Wam, że warto było. Na przestrzeni najbliższych miesięcy szykuje się świetny projekt, w którym wezmę udział, poznałam kilka naprawdę fajnych (i nie sztywnych!) osób i kto wie, może wyjdą z tego nowe, ciekawe akcje? 


Pracowałam razem z Mari (która zgodziła się zostać współorganizatorką przedsięwzięcia) nad spotkaniem z Czytelnikami. Mam nadzieję, że ze wszystkim się wyrobimy. Na dniach - mam nadzieję - ruszą zapisy i proszę, potraktujcie je poważnie, bo robimy wszystko, żeby stworzyć przyjemne spotkanie (a ja nawet z tej okazji urywam się z zajęć) i staramy się o wsparcie wielu firm, więc potrzebujemy dokładnej listy uczestników, którzy FAKTYCZNIE przyjdą na spotkanie. Przypominam - 25 października! 

Oprócz pracy były też miłe spotkania - Kawa z Joey i jej nową współlokatorką, krem dyniowy i babeczki z Olgą, malowanie włosów na rudo i wieczory z czytaniem książki. Wczoraj w nocy za jednym zamachem przeczytałam połowę Tego Jedynego i chociaż historia rozkręcała się naprawdę świetnie to końcówka mnie zawiodła. W ciągu czterech rozdziałów rozwiązały się wszystkie problemy? Nie wierzę. Emily Giffin, zrób coś z tym, proszę. 


Pogoda w tym tygodniu była szałowa! Dlatego kilka razy byliśmy z Leonardem pod blokiem, ku radości wszystkich babć, dziadków i dzieciaków z bloku. Zawsze jesteśmy wielkim wydarzeniem, ale Leo chyba jest już przyzwyczajony do sławy i oklasków. 

W niedzielę wieczorem z totalną gąbką w mózgu siedziałam na kuchennym blacie i czekałam na herbatę. Wyszukiwałam w sieci pomysły na Wrocław, w którym będziemy już w środę i spisywałam te od Was. Mikro urlop zapowiada się naprawdę super! 

A co się dzieje w sieci? 
Przede wszystkim zapraszam Was do zajrzenia na BMBM fanpage - to tam będę wrzucać ekspresowe decyzje w sprawie spotkania z Wami (25 października!), więc dobrze by było, gdybyście zwrócili na to uwagę. Dodatkowo powstała nowa strona: Jak napisać powieść?, która ma być zbiorem inspiracji i motywacji do pisania i to właśnie tam będziecie dowiadywać się o nowych odcinkach Nocnej Owsianki. Ta z kolei pojawia się w okolicach środy i niedzieli, staram się to robić regularnie, a pomiędzy odcinki wrzucać poradnik dla pisarzy amatorów. Ciekawi? Zapraszam!


KOT TYGODNIA