Matka ma wychodne, czyli w poszukiwaniu siebie

Wyjechaliśmy na weekend do Krakowa.
Drżałam na samą myśl o tym, jak Kropek zachowa się w trasie, jak zachowa się "wśród ludzi" i czy nie spanikuje w nowym miejscu, w innym łóżeczku. Potrzebowaliśmy tego weekendu całą trójką - Wysoki musiał nadrobić towarzyskie zaległości, ja musiałam zobaczyć przyjaciółki i Kraków, przejść się po sklepach jak za dawnych studenckich czasów (mam wrażenie, że od tego czasu minęły całe lata świetlne!), i wypić latte. Tęskniłam za starym, krakowskim życiem jak nie wiem co.


Wiecie, pierwszy miesiąc z dzieckiem wygląda trochę tak, jakby przygniótł Cię sufit i wszyscy dookoła Ciebie uważali, że wygrzebiesz się z pod tego betonu zupełnie sama. Obowiązków dookoła dziecka jest całe mnóstwo (dementuję plotki - NIE są porównywalne do obowiązków związanych z kotem) i zwykle odbywają się całymi sesjami. Nie wiadomo kiedy leci godzina za godziną, nie wiadomo kiedy robi się bałagan i nie wiadomo kiedy konasz z głową w poduszce.

Na pierwszy rzut oka, no i cóż, ręki, ciężko się w tym wszystkim połapać, ale powtarzając te same czynności dzień za dniem, szybko dochodzi się do wprawy i dopiero wtedy, dookoła tych wszystkich obowiązków buduje się nową codzienność - nowe godziny spania, nowy system pracy i tak dalej. Po pięciu tygodniach wygląda to już trochę lepiej - niby jeszcze sufit przygniata Ci nogi, ale właściwie prawie już wygrzebałaś się z pod gruzu. W którymś momencie przestajesz się wzdrygać na samą myśl o kąpieli i rozwiązujesz sprawę w 10 minut, nagle spływa na Ciebie cała mądrość tego świata i wiesz doskonale w jaki sposób ułatwić dziecku zasypianie. Zaczynasz WIEDZIEĆ. I przestajesz się BAĆ. A to oznacza powrót do normalności.

W ciąży obiecywałam sobie, że Kropek nie zmieni mojego życia tak zupełnie. Że nie zamknie mnie w domu z pieluchami i zupkami w słoiczkach i że nie będę chodzić z mlekiem we włosach. Oprócz tego, że chciałam być szczęśliwą matką i dawać mojemu dziecku wszystko co najlepsze, chciałam być też szczęśliwą kobietą i nie mieć poczucia, że coś mnie omija. Dlatego absolutnie nie miałam wyrzutów sumienia, kiedy dzieliliśmy między sobą weekend, ja i Pan Wysoki, na warty przy naszym synu, czas dla przyjaciół i czas dla naszej trójki. Właściwie uważam to za zdrowe.

Kiedy wyrwałam się na te kilka godzin, miałam wrażenie, że nawdychałam się gazu rozweselającego. Czułam się kompletna. 

OCZYWIŚCIE, że myślałam o Kropku. Prawdę powiedziawszy, rozmawiałam o nim częściej niż zamierzałam i dzwoniłam pytać jak się ma znacznie częściej niż trzeba było - tęskniłam. Ale tęskniłam też za zwykłymi babskimi sprawami. I pizzą. I kawą. I plotkami.
Co nie zmienia faktu, że wybrałam się na małe uzupełnienie mojej szafy, a uzupełniłam szafę  mojego dziecka. Mnie samej pozostaje chodzić w niewielkiej kolekcji ciążowych ubrań i raz na czas przymierzyć coś starego, a potem z ulgą przyznać, że udało mi się wbić. Podobno to jest kluczowy aspekt rodzicielstwa - zamiast ubrać siebie, wolisz ubierać swoje dziecko. Eh, projekt uzupełniania mojej garderoby idzie pod górkę. 

Zawsze się śmiałam, kiedy ktoś mówił, że od kiedy ma dzieci, czuje, że jego misja na ziemi jest spełniona. Wiecie, że to już koniec i nic więcej go na tym świecie nie spotka. Że właśnie się dowiedział po co żyje. Wydawało mi się, że to gruba przesada zamykać swój świat do takiego Kropka. Brzmiało to trochę jak początek depresji poporodowej. 
Ale coś w tym jest, że nagle wszystko się układa tak jak trzeba, a Ty czujesz się w kompletnej harmonii z samą sobą. Całkiem fajne uczucie, którego brakowało mi przez ostatnie lata, kiedy głownie zastanawiałam się CO MAM Z SOBĄ ZROBIĆ. 

Teraz jest jakoś łatwiej, choć czasu znacznie mniej. 
Mam ochotę zakładać sukienki (choć to może dlatego, że ubieranie ich jest znacznie szybsze i nie muszę szukać "drugiej części" ubrania), mam ochotę się malować inaczej niż zwykle, mam ochotę mieć ładny, czysty dom i szczęśliwego faceta obok. 
Po prostu znowu mi się chce. A to jest całkiem fajne i już zapomniałam jakie to uczucie. 

Zrobione jest zawsze lepsze niż doskonałe i kilka innych faktów o produktywnym życiu (z dzieckiem)

Nie wiem co ja sobie myślałam, kiedy wymyślałam "milion rzeczy, które zrobię dla siebie, jak już zostanę matką". Nie wiem też, kto ucina mi przynajmniej połowę dnia, bo każda godzina, mam wrażenie, skraca się o połowę, a ja tym samym wszystkie swoje plany muszę dzielić na dwa. Co takiego w sobie ma Mały Człowiek, że czas tak szybko przy nim leci? Że to "30 minut" o 3 rano to tak naprawdę grubo ponad dwie godziny, kiedy przytulasz, lulasz i całujesz po czole, żeby w końcu usłyszeć beknięcie "starego chama" i ewentualnie zmrużyć na kilka minut jedno oko. 




Żałuję, że nie spięłam pośladków i nie skończyłam magisterki przed porodem. Niezamknięty temat studiów sprawia, że mam koszmarne wyrzuty sumienia i nie mogę skupić się na niczym, co by popchnęło sprawę do przodu. Nawet na tym, żeby wypakować resztę rzeczy i urządzić swój gabinet. 

Moje dziecko powoli (bardzo, bardzo powoli) zaczyna układać sobie rytm dobowy. Przez pierwsze dwa tygodnie myślałam, że już do końca życia będę do wszystkiego z doskoku, bo Kropek miał w zwyczaju żądać wszystkiego i niczego w najmniej odpowiednim momencie. Głównie wtedy, kiedy chciałam coś zrobić. Dlatego teraz obserwuję i układam sobie w głowie pory, w których je i kiedy śpi, żeby oprócz skakania dookoła dziecka mieć jeszcze chwilę dla siebie i, dla przykładu, odgruzować mieszkanie czy zrobić cokolwiek do jedzenia. Za każdym razem, kiedy nie jestem w stanie się uporać z czymś, co miałam zmieścić w trakcie drzemki, przypominam sobie o kilku rzeczach, które w dalszym ciągu, niestety, ignoruję. 

A szkoda, bo pewnie wtedy wszystko byłoby łatwiejsze. 

Zrobione zawsze jest lepsze niż doskonałe 
Kiedy mam wolne 20 minut i ochotę się do Was odezwać, myślę sobie, że w te 20 minut nie zdążę nawet dobrnąć do połowy wpisu i na pewno będzie on średniej jakości. Tak już mam, że jak się do czegoś zabieram i jest to związane z pisaniem, to muszę mieć świadomość, że mam w zapasie kilka godzin. I tak samo, ciężko mi się zabrać do magisterki, bo wiem, że w pół godziny nawet nie zdążę odnaleźć odpowiedniego fragmentu w książce, a co dopiero sklecić kilka stron. W przypadku magisterki muszę mieć dostępne 3-4 godziny ciurkiem, żeby coś z tego wyszło. 

Jedna duża rzecz na raz 
Po ciąży chciałam się szybko i sprawnie doprowadzić do porządku i zrobić jeszcze kilka innych rzeczy, z nawiązką. Chciałam stworzyć garderobę, poprawić powieść, co tydzień układać menu, sprzątać "piętnastominutkami" i codziennie nakładać pełny makijaż w ramach terapii odzyskania kobiecości. I o ile jestem w stanie codziennie się malować i ubrać na siebie w miarę niepomięte rzeczy, tak już ciężko mi dorzucić do tego wszystkiego wyprzedaż mojej szafy, planowanie nowej garderoby czy chociażby codziennych drobnych porządków (wiem, wstyd!). Dlatego od teraz zabieram się za jedną dużą rzecz na raz. I tym momencie jest to kompletne zakotwiczenie się w nowym domu - koniec z pudami i pytaniem: gdzie jest...? 

Czasem warto włączyć piąty bieg 
Moim problem od zawsze było nie to, że mało chciałam i mało robiłam. Byłam ZBYT WOLNA. Większość prac domowych można wykonać na pełnych obrotach i zajmują one wtedy minimalną ilość czasu, a ja potrafiłam myć naczynia czy szorować łazienkę dobre piętnaście minut, kiedy można to było zrobić w pięć. Teraz znacznie częściej włączam piąty bieg i niczym huragan jadę przez mieszkanie. Naprawdę, wiele rzeczy można przyspieszyć. 

Zrezygnować czy podciąć sobie żyły? 
Wkurza mnie mówienie o tym, co muszę i co wypada. Nic nie muszę i wszystko wypada. Oszczędzam czas rezygnując z wielu rzeczy. Mojej Mamie nóż się w kieszeni otwiera, kiedy widzi pomięte ubranka i pieluszki Kropka. Swoich ubrań też nie prasuję, bo po prostu nie mam kiedy. Zakładam rzeczy, które na ciele nie wyglądają jak wyjęte psu z gardła, a Kropek... no cóż, za chwilę i tak będę zmieniać mu body, bo mu się uleje. Wolę zrezygnować z rzeczy, które nic nowego nie wnoszą i mieć więcej czasu na inne, dużo bardziej istotne. 

Nocne przygotowania do dnia 
Podobno ten patent sprawdza się od wieków, ale jego skuteczność widzę dopiero teraz. Wieczorem już wiemy co będziemy jeść kolejnego dnia, Kropek wie w co będzie ubrany, pranie wie, że ma się skończyć prać dokładnie o 7 rano. Szykuję wszystkie rzeczy w taki sposób, żeby od rana mieć wszystko pod ręką. Nakładki na piersi, laktator, wyparzone butelki, pieluszki tetrowe spakowana torba na spacer... Doceniam to, że rano nie muszę się wściekać. 

Robię wiele na zapas 
Tutaj sprawa sprowadza się przede wszystkim do gotowania. Obiad robimy teraz na dwa-trzy dni i dzięki temu mamy jakąś dobę oszczędności. Poza tym... no cóż, rzadko teraz jadamy, bo nie ma na to czasu. 

Kiedy pracuję, to pracuję 
Oprócz opieki nad Kropkiem, pracuję. Nie tak intensywnie jak przed narodzinami Młodego, ale w dalszym ciągu potrzebuję 3-4 godzin na pracę przy komputerze. Okazuje się, że kiedy oddeleguję syna na "jakiś czas" tacie albo babci, i zajmę się FAKTYCZNIE pracą, jestem w stanie wiele zrobić. Szkoda tylko, że takie dni, kiedy znajdę dla siebie te 3 godziny wypadają nie znowu tak często. 

Nie myślę, działam! 
Za dużo czasu spędzałam do tej pory na myśleniu o tym, co trzeba zrobić i planując kiedy to zrobię. Teraz nawet się nie zastanawiam tylko od razu zmywam naczynia (trudna sztuka, wymagająca długich tygodni samodyscypliny), od razu robię, to, tamto czy siamto. Kto by pomyślał, że tyle czasu oszczędzę po prostu ruszając tyłek? 

Współpracujemy 
Zaczynamy w tym całym huraganie trybić. Kiedy ja zajmuję się dzieckiem, Wysoki robi nam obiad, kiedy ja zajmuje się Małym, ja sprzątam. Kąpiel podzieliliśmy na dwa etapy i dzięki temu ekspresowo załatwiamy wieczorną rutynę. Sprawnie dzielimy obowiązki, żeby wieczorem, kiedy już wszystko będzie na swoim miejscu, mieć chociaż trochę czasu dla siebie. Poza tym, muszę to powiedzieć publicznie, Pan Wysoki jest świetnym ojcem i radzi sobie momentami lepiej ode mnie. I to on musi wykopywać mnie rano z łóżka, kiedy próbuję przykryć się kołdrą i udawać, że mnie nie ma. 

Niedługo po narodzinach mojego syna, kiedy wszystko wydawało się takie duże, skomplikowane, zajmujące dużą ilość czasu i po prostu nie do ogarnięcia, zapytałam Mamę i babcię Kropka, jak to się robi. No bo przecież jakoś musi się robić, skoro setki tysięcy kobiet rodzą dzieci, pracują i zajmują się domem. To niemożliwe, żeby pleśnieć w czterech ścianach do momentu aż dziecko pójdzie do przedszkola. Okazało się, że wystarczy myśleć, łączyć i przewidywać. 
I czasem dać sobie spokój. 

Poród - czy naprawdę jest się czego bać? Część III

Część pierwsza opowieści z porodówki: tutaj 
Część druga opowieści z porodówki: tutaj 


Chciałybyście, żeby Wasz partner był przy porodzie? Pytam zupełnie poważnie – czy życzyłybyście sobie jego obecność w momencie, kiedy to natura ma zrobić swoje? 

Przez całe dziewięć miesięcy nasłuchałam się wielu rzeczy o obecności lub o braku obecności partnera przy porodzie. Całość mogę podzielić na dwa obozy. 

Obóz pierwszy: „Poród to sekret kobiet”

- A po co Ci on przy porodzie? - zapytała zaskoczona teściowa. - Już wystarczy, że będą przy tobie lekarze i położone, chyba nie... bla, bla, bla. W każdym razie, ogólny sens tego dialogu mogłabym zamknąć w zdaniu: Kiedyś nie wpuszczano facetów na salę porodową i było dobrze. 

Dowiedziałam się (przede wszystkim od kobiet, które rodziły za czasów, kiedy nikt jeszcze nie wpadł na pomysł porodów rodzinnych), że poród to na tyle intymna sprawa, że nie powinna wychodzić poza główną zainteresowaną. Ktoś kto to wymyślił, chyba zupełnie zapomniał, że w szpitalu oglądają Cię z każdej możliwej strony i coś takiego jak wstyd i intymność zupełnie przestają istnieć. 

Sama bardzo długo byłam przekonana do tego, że obecność mojego męża podczas porodu, gdzie – ustalmy to – nie jest się w najbardziej reprezentatywnym stanie, jet zbędna. Uważałam, że kiedy zobaczy mnie podczas porodu (a nie byłam pewna, czy sama chciałabym siebie wtedy oglądać, a już na pewno, czy chciałabym widzieć to, co się dzieje w okolicach krocza), przestanie patrzeć na mnie tak, jak na kobietę. Że stanę się tylko matką jego dziecka, a nasze życie erotyczne przez ten okrutny widok przestanie istnieć. 

Obóz drugi: „Przynajmniej będzie na kogo zrzucić winę”

Z kolei koleżanki w okolicach mojego rocznika i starsze, zapytane o poród rodzinny mówiły, że nie zniosłyby tylu godzin w samotności. 

Nie wiem czy to powszechna praktyka, ale położna nie ślęczy z Tobą tych kilka godzin i nie dopinguje Cię co pięć minut. Być może dzieje się tak tylko w momencie, kiedy masz ze sobą drugą osobę – dajcie znać, czy podczas „samotnych” porodów położne też to robią – otóż... wychodzą sobie z pokoju i wracają po jakimś czasie. 

Poza tym, no wiecie, fajnie będzie się na kimś wyżyć, a mąż to przecież współautor tego cholernego bólu. Dowiedziałam się, że obecność męża jest niezbędna – ma Ci kto podać wodę, rozśmieszyć, pomasować plecy, czy pośpiewać piosenki dopingujące do wyjścia Kropka. Poza tym... lepiej niech ZOBACZY ile cierpienia mnie to kosztowało, no nie? 

Po wielu relacjach koleżanek rodzących w ostatnich latach, gdzieś w połowie ciąży zaczęłam się wahać. Z jednej strony stawiałam na szali swoją godność i poszarpane krocze, a z drugiej – możliwość bezstresowego przejścia przez długie godziny wykręcania mi wszystkich kończyn i wybijania zębów. Może faktycznie dobrze by było, żeby ktoś czasem podał mi wodę? 

Rozmawiałam na ten temat z PW – wcześniej, kiedy byłam przekonana co do słuszności porodu solo, nawet nie ruszałam tego tematu. Chyba nie bardzo wiedział o czym mówię, ale powiedział okay. 

OKAY. 

„Kochanie, chcę, żebyś rodził razem ze mną”
„Okay”.

Obawiam się, że nie do końca przetrawił informację, którą mu przedstawiłam. Kilka tygodni później przez przypadek przeczytał opis porodu w jednej z moich książek. Akapit dla facetów zawierający informację, żeby nie przestraszył się pępowiny zwisającej ze szczeliny między nogami ukochanej, sprawił, że przyznał się do tego, że nie wiedział na co się godzi. 

Było mi trochę smutno. No dobra, byłam mocno rozczarowana i praktycznie płaczem przekonałam PW, że w trakcie porodu jest mi NAPRAWDĘ WYBITNIE POTRZEBNY. Byłam już na końcówce – po 40 tygodniu ogarnęło mnie przerażenie i stwierdziłam, że sama to ja nie urodzę. 

Poza tym, wiecie, hormony. 

Ostatecznie doszliśmy do kompromisu: w drugiej fazie porodu, kiedy ja już miałam naciskać na Kropka, Pan Wysoki miał wyjść z pokoju. Oboje odetchnęliśmy z ulgą. Moja kobiecość została uratowana. 

Już teraz Wam powiem, że ostatecznie Wysoki nie wyszedł z sali porodowej, ale grzecznie schował się za kotarą. Nie miał odwagi podejrzeć co się u mnie działo. Wielkie uff. 

Ale wróćmy do historii: 

- Odeszły mi wody, teraz jestem już PEWNA, że odeszły mi wody – powiedziałam do pielęgniarki wskazując niewielką kałużę pod moimi nogami.
- Spokojnie, zaraz podepniemy Panią pod KTG, potem przyjdzie lekarz... Jak dobrze pójdzie to jeszcze dziś Pani urodzi.

Była 13:30. Równo z aparatem do KTG do sali na Patologii Ciąży przyszedł Wysoki: 
- Co? Dzisiaj też rodzisz?
To był jego ulubiony dowcip w 9 miesiącu – praktycznie codziennie wieczorem mówiłam, że to już, a on rano pytał, czy przegapił poród. Jak się domyślacie – budziłam się z wielkim brzuchem, a do porodu było jeszcze daleko. 

Zostałam podłączona do aparatu i miałam czekać. 

No to czekałam i co kilka chwil czułam jakby ktoś rzucał moimi jajnikami w ścianę. Dostałam informację, żeby liczyć skurcze: czas trwania i długość -  od początku jednego do początku drugiego. Na szczęście wcześniej ściągnęłam sobie aplikację do zliczania skurczy. Na nieszczęście – nie przyszło mi do głowy, żeby ją wypróbować. Zanim zorientowałam się o co w niej chodzi (notatka dla kobiet w ciąży: dokładnie przyjrzyjcie się APLIKACJI DO ZLICZANIA SKURCZY, albo/oraz nauczcie się je liczyć bez specjalistycznych programów. To naprawdę przydatna umiejętność) skurcze były tak często, że nie byłam w stanie klikać w apkę. 

I wtedy przyszedł lekarz, który miał mnie serdecznie dosyć, bo każdego dnia męczyłam go o to, że chcę urodzić. Zapytał, jak często mam skurcze i jak długo trwają. 
- Równo co trzy minuty i trwają 30 sekund – powiedziałam zgodnie z prawdą i bez cienia niepokoju. 

I tu nastąpiło osłupienie, bo nikt nie spodziewał się, że poród pójdzie do przodu tak szybko. Podejrzewam, że nie mieli nawet miejscówki na nową rodzącą, bo przecież w dalszym ciągu na porodówce panowała promocja happy hour. 
- Niemożliwe – stwierdził lekarz, bo ostatnie skurcze jakie widział na moim KTG były ledwo widoczne, a teraz zwijałam się z bólu co 180 sekund. - Zaraz przyjdzie po Panią pielęgniarka i jedziemy na porodówkę.

Nie wiem czy mi ulżyło, czy to kwestia tego, że byłam lżejsza o wody płodowe. Ból jaki wtedy czułam to w dalszym ciągu był ból bardzo bolesnej miesiączki. Był o tyle dziwny, że byłam w stanie co do sekundy przewidzieć, kiedy zaatakuje najmocniej. Przychodził falami i zalewał mi cały brzuch. 

Niedługo potem, żeby było zabawniej, do dotychczasowych rewelacji dołączył ból krzyża. Podobno nie wszyscy mają zaszczyt dostawać z glana w dwa miejsca jednocześnie. Podobno poród z bólami krzyżowymi jest dużo bardziej bolesny niż poród bez tej atrakcji. Podobno. 

Te bóle też już znałam. Mniej więcej od 14 roku życia kilka razy w miesiącu  atakował mnie ból krzyża i jeszcze w ramach zbliżającego się okresu dostawałam podwójnie. To właśnie dlatego długo łykałam tabletki hormonalne. Słyszałam od lekarzy, że jedynym lekiem na moje przypadłości jest ciąża i poród. To trochę tak, jakbym zaczęła rodzić już dawno temu i musiała dokończyć dzieła po 10 latach... chyba jednak gadam bez sensu. Na szczęście w dalszym ciągu mogę zrzucić winę na hormony. 

Przyjechała leżanka, czy jak tam zwą to łóżko na kółkach. 
Pielęgniarka poklepała obdartą skórę łóżka: 
- Proszę się położyć. Jedziemy na porodówkę... Haloo... Dobrze się pani czuje? 

Rodzę. Rodzę. Rodzę. Rodzę. BOŻE RODZĘ WŁAŚNIE TERAZ. 

- Pójdę sama – powiedziałam głupio.
- Ale Pani rodzi!
- Zauważyłam.

Nie pytajcie czemu w trakcie skurczów wybrałam spacer po szpitalu na porodówkę, zamiast walnąć się na łóżko i dać się przewieźć po korytarzowych wertepach. Złapałam Wysokiego za rękę i poszliśmy: ja, on i moje bóle porodowe. Co trzy minuty. Ciężko mi to jakoś logicznie wytłumaczyć, bo za mną jechało to moje łóżko i biegły pielęgniarki. Chyba nie tak to miało wyglądać. Hm. 

Na porodówkowej recepcji w dalszym ciągu była moja ulubiona położna. Kiedy wkroczyliśmy większą grupą (do sztabu pielęgniarek dołączył nawet lekarz) podniosła głowę znad papierów i zawołała do mnie po nazwisku, chociaż normalnie miała w zwyczaju je zdrabniać. 
- No proszę! Jesteś! Jak dobrze pójdzie to wyrobimy się jeszcze na mojej zmianie.
Niby rodziłam, ale byłam jeszcze na tyle świadoma, żeby zapytać: 
- O której Pani dzisiaj kończy?
- O siódmej.
Presja, znowu presja! Zostało mi jakieś pięć godzin. 

Powiedziała nam, że mamy szczęście, bo właśnie sala do porodów rodzinnych została wysprzątana. Minęliśmy więc boksy odradzane cienką ścianką i poszliśmy za nią do sali, z której wydobywały się krzyki, kiedy czekałam na moje pierwsze KTG. Była prawie 14:00, więc kolejka do KTG ciągnęła się jeszcze za zakrętem. No cóż. Przykro mi, dziewczyny. Teraz ja się będę darła. 

Sala do porodów rodzinnych była wielka – na środku znajdowało się gigantyczne łóżko, praktycznie cały park liniowy, drabinki, piłki i wielka wanna. Po drugiej stronie stał cały sprzęt, fotel porodowy (tak to się nazywa?) i kącik noworodkowy. Popatrzyłam na szpitalny wózek dla malucha,  w którym wszystkie młode mamy woziły swoje dzieci i pomyślałam sobie, że zaraz będzie po wszystkim. Zaraz wyjdzie Kropek. Damy radę. 

Zostałam z każdej strony przebadana i podpięta pod KTG. Okazało się, że moje skurcze są zbyt częste i zbyt krótkie i, że jak tak dalej pójdzie to całe moje oprzyrządowanie prędzej się zmęczy niż wypuści na świat dziecko. Dlatego położna podpięła mnie pod kroplówkę z nospą, żeby odrobinę rozluźnić mnie i moją macicę. 

Bolało. Czułam jak skurcze przychodzą  i oddychałam z ulgą wtedy, gdy odchodziły. Bóle brzucha w dalszym ciągu przypominały bóle miesiączkowe. Kiedyś porównywałam bolesne okresy do dwóch ślimaków, które krążą mi po brzuchu zostawiając za sobą toksyczny śluz, który wypala mi wnętrzności. Bardziej obrazowo nie byłam wtedy w stanie tego opisać. Teraz dodałabym jeszcze, że to było stado ślimaków, a nie tylko dwa. 

Kiedy wchodziłam na porodówkę po raz pierwszy tego dnia, ogłosiłam na wstępie, że bez znieczulenia to ja nóg nie rozkładam. Nie miałam oczywiście pojęcia jakiego rodzaju znieczulenie posiadają. Słyszałam o takim, co pakuje się w rdzeń kręgowy, a potem się odpływa i odpływa i odpływa... problem polega na tym, że operacja bywa niebezpieczna zarówno dla matki jak i dziecka i cała akcja porodowa może się całkowicie zatrzymać, poza tym – jak miałabym przeć nie czując połowy swojego ciała? 

Gdzieś jeszcze ktoś napomknął o gazie rozweselającym (przy czym nie sądzę, żeby załagodził on ból, który się wtedy czuje, co najwyżej sprawił, że ze śmiechu nie miałabym możliwości krzyczeć). W każdym razie, ból na jaki skarżyłam się najbardziej to były bóle krzyżowe. Z miłą chęcią bym się ich pozbyła, naprawdę. Bóle brzucha to przy nich zaledwie słaba miesiączka. 

Położna zaproponowała mi znieczulenie z dedykacją dla bólu w krzyżu. 
- ...Bloki wodne. To trochę jak akupunktura. Ból w krzyżu nie będzie aż tak bolesny. Tylko musisz wiedzieć, że samo wkłucie boli dużo bardziej niż skurcz. A zastrzyków jest cztery. Znieczulenie działa do dwóch godzin, jeśli nie wkroczymy w drugą fazę porodu to możemy zrobić je jeszcze raz.

Szybko przekalkulowałam czy opłaca mi się cztery razy zawyć z bólu i potem odpłynąć, czy może lepiej pozostać w pełni świadoma. Bardzo chętnie, poproszę. 

Moja położna usadziła mnie okrakiem na krześle (co nie było łatwe, bo po nogach lała mi się mieszanka wody, śluzu i krwi) i wbijając paznokcie, oznaczyła miejsca wkłucia. Nie zdążyłam powiedzieć swojej standardowej formułki, którą stosuję w przypadku, kiedy ktoś zamierza wbić mi się igłą w ciało, a mianowicie „proszę mnie poinformować, kiedy to nastąpi”, bo przyszedł skurcz, ja zaczęłam pojękiwać, a położna wstrzyknęła płyn po raz pierwszy... za chwilę po raz drugi... po raz trzeci i czwarty. 

Nie byłam dzielna, tak jak mi potem powiedziała, bo darłam się na całe gardło. FAKTYCZNIE bolało bardziej niż skurcz. Podczas wkłuwania się i wciskania w moje lędźwie zawartości strzykawki, czułam się tak, jakbym wchodziła do garnka z wrzątkiem.

Już przy kolejnym skurczu stwierdziłam, że było warto. Czułam jak nadchodzi, czułam, że jest i czułam, że odchodzi, ale przede wszystkim czułam to wszystko tak, jakby było za mgłą. Wysoki śmiał się, że wyglądałam jak na mocnych dragach. Faktycznie czułam pewnego rodzaju odlot. Byłam nieobecna, szczęśliwa, wykończona i było mi bardziej wszystko jedno niż wcześniej, a poziom olewczości sytuacji był już i tak na wysokim poziomie. 

Niedługo potem położna przygotowała mi wannę. Przysięgam, leżałam w ciepłej wodzie bite trzy godziny, a w połączeniu ze znieczuleniem było to prawie jak wizyta w SPA. Wysoki powoli zaczynał się nudzić(w sumie spędziliśmy na sali porodowej pięć godzin), więc zdawał smsową relację naszym rodzicom z postępu porodu i... serfował po Fejsie. W wannie też zaczęło puszczać znieczulenie numer jeden, więc poprosiłam o obiecany drugi rzut, bo stan „na haju” bardzo mi odpowiadał. 

Niestety za drugim razem mentalnie nie skakałam po chmurkach, chociaż ból w dalszym ciągu utrzymywał się za kotarą, albo we mgle, jak wolicie. Kiedy zbliżała się druga faza porodu, położna wywlokła mnie na piłkę do skakania (już się poznałyśmy, całe wtorkowe popołudnie skakałam na piłce w celu pospieszenia Kropka). Ciężko mi było w to uwierzyć, ale ból uderzał z większą mocą. Podobno to jest najgorsza część porodu, a potem to już z górki. Tuz przed drugą fazą, czyli przed parciem, dziecko ustawia się do pozycji wyjściowej. Miałam głupie wrażenie, że obijam głowę Kropka piłką do skakania, ale położna mówiła, że nie ma na to szans. 

To był też moment, który zapamiętałam doskonale, bo lekko skonana popatrzyłam na Wysokiego i powiedziałam coś w stylu:
- Ej, to wcale nie jest takie straszne. Właściwie nie umieram.
Ale być może kierowała mną nadzieja, że zaraz się to skończy. 

W każdym razie, byłam zdziwiona, że wszystko to, co działo się przez ostatnie cztery i pół godziny było do przeżycia. Bolało – owszem. Czułam, że żyję i czułam to każdą komórką mojego ciała. Dobrze, że doszłam do takich wniosków przed drugą fazą, bo w trakcie drugiej nie byłam już tak bardzo optymistyczna.

CDN. 



Poród - czy naprawdę jest się czego bać? Część II

Część pierwsza opowieści z porodówki: tutaj 
Część druga opowieści z porodówki: tutaj 
Część trzecia opowieści z porodówki: tutaj

Być może też tak macie - kiedy czymś przejmuję się za bardzo i mam wrażenie, że konkretny problem, który w gruncie rzeczy jest nieunikniony, naprawdę mnie przerasta, dzieje się coś dziwnego. Czuję się wtedy tak, jakbym pompowała się od środka. Tymi wszystkimi negatywnymi myślami, paniką, presją i oczekiwaniami innych. W pewnym momencie jest tego wszystkiego za dużo, a ja pękam. 

Tak o, po prostu. 
I do tego momentu popadam w całkowite zobojętnienie. Tak było w przypadku egzaminu na prawo jazdy, na moim własnym ślubie i, no cóż, w dzień narodzin Kropka. Było mi wszystko jedno. 



Kiedy 16ego lipca obudził mnie obchód lekarzy, uświadomiłam sobie, że to, iż znowu znajduję się na patologii ciąży oznacza, że do niczego w nocy jednak nie doszło. Ale to już wiecie. Tym razem jednak obchód lekarzy wniósł coś nowego, bo zostałam poproszona do gabinetu lekarskiego, aby sprawdzić jak miewa się balonik (odpowiedź brzmi: świetnie - w nocy musiał wypaść tworząc rozwarcie, bo skoro się obudziłam, to oznacza, że udało mi się usnąć, a co za tym idzie, musiało przestać mnie boleć podbrzusze). Tam też dowiedziałam się, że oto nadszedł dzień, w którym urodzę mojego syna, bo lekarze zdecydowali się właśnie tego ranka pchnąć całą sprawę do przodu. 

Co mam na myśli mówiąc: popchnąć całą sprawę? Druga faza wywoływania porodu to podpięcie niczego nieświadomej pacjentki pod oksytocynę, która ma za zadanie wywołać skurcze. Słyszałam, że skurcze wywoływane przez oksytocynę bolą kilka razy bardziej niż skurcze naturalne (czego nie potwierdziła położna, chociaż pytałam - obawiam się, że w tej kwestii będę wierna relacjom koleżanek, bo położna, mogę się założyć, nie chciała mnie wystraszyć).
Jak już mówiłam, było mi wszystko jedno. Te kilka dni, które spędziłam wśród kobiet rodzących/przed porodem/po porodzie sprawiły, że ból unoszący się w powietrzu przestał już tak śmierdzieć. Nie sądzę, żebym czuła się gotowa na poród, ale na pewno czułam się na tyle zmęczona tym wszystkim, żeby jednak spiąć poślady i wreszcie urodzić. 

Dostałam szczegółowe instrukcje gdzie mam się stawić, 5 minut na spakowanie wszystkich moich rzeczy i polecenie, żebym była miła dla pań, które teraz się mną zajmą. Naprawdę nie wiem o co im chodziło. Przecież jestem miła. Fakt faktem, kiedy jestem zniecierpliwiona robię się nieznośna, ale to nie zmienia faktu, że z natury jestem PRZYJAZNA i UŚMIECHNIĘTA. 
No, poza chwilami, kiedy przychodzi mi rodzić. 

Zmarnowałam kilka minut z czasu, które dostałam na spakowanie się i spróbowałam dodzwonić się do Wysokiego. Pech chciał, że mój mąż na zapas świętował przyjście na świat swojego syna i pobudka o 7 rano to nie był moment, w którym hasło: "Kochanie, zaraz będę rodzić" docierają do człowieka od razu. Zanim zorientował się co do niego mówię, ja już musiałam kończyć i zebrać swoje rzeczy, bo przyszła pielęgniarka żeby zaprowadzić mnie na porodówkę. Nie wiedziałam, czy przyjął to do wiadomości, czy przekręcił się na drugi bok. 

Mam nadzieję, że kobiety, które zjawiają się w szpitalu w mokrych od wód płodowych gaciach i z pępowiną w ręku nie muszą przedzierać się przez stosy papierów, które dostałam do rąk, kiedy tylko zjawiłam się w miejscu, które nazwałabym recepcją porodówki. Wiecie, wysoki blat z komputerami i segregatorami, a za nimi kilka boksów dla rozwrzeszczanych kobiet, które próbują nie umrzeć z bólu. Odpowiedziałam na milion pytań, złożyłam kilkanaście podpisów i przytargałam podręczną torbę do jednego z wolnych boksów. Minęłam dwa, w których już coś zaczynało się dziać. 

Ciężko mi było sobie wyobrazić poród w takich warunkach, bo boksy były odgradzane od reszty porodówki przezroczystymi zasuwanymi drzwiami. Szykowałam się na darcie pełną gębą, ale w akompaniamencie innych rodzących mogłabym się odrobinę speszyć. Usiadłam na fotelu "dla tatusia" i czekałam. 

W tym momencie zwracam honor dla myślenia życzeniowego - pamiętacie przemiłą położną, która opowiadała mi o zielonych wodach płodowych i odpowiedziała na wszystkie, nawet najbardziej durne pytania? Okazało się, że oto właśnie mój poród przypadł jej w udziale. Boże, byłam taka szczęśliwa, że nawet sobie nie wyobrażacie. Już i tak wszyscy w tym szpitalu oglądali mnie z każdej możliwej strony, ale wiecie, świadomość tego, że ktoś naprawdę miły będzie widział mnie w prawdopodobnie najbardziej niewdzięcznej pozie jaką uda mi się przyjąć w moim życiu, była budująca. Położna zapamiętała mnie i moje problemy egzystencjalne (albo tylko udawała, nie wiem) i kazała mi skoczyć pod prysznic i przywdziać szaty porodowe. Posłusznie pobiegłam do łazienki na porodówce. W dalszym ciągu nie miałam pojęcia czy Wysoki zebrał swoje siły witalne i ruszył do szpitala. 

Było prawie fajnie. Szkoda, że bardzo szybko zostałam sprowadzona na ziemię. 

Bo niestety happy hour na porody trwał w najlepsze. Wracając z łazienki usłyszałam, jak w porodówkowej recepcji zastanawiają się jak upchnąć siedem rodzących kobiet w trzech boksach. I jeszcze nad tym jak powiedzą pani w indukcji, że muszą ją grzecznie przeprosić, ale właśnie mają kilka pilnych interwencji. Zanim dotarło do mnie, że panią w indukcji porodu jestem ja, zdążyłam już wypakować swoje rzeczy. 

Po prostu nie było mi dane urodzić. 
Z tego wszystkiego najbardziej szkoda mi było mojej położnej. Prawie przybiłyśmy sobie piątkę. 

Kiedy zebrałam się w kierunku mojego pokoju na patologii ciąży, na porodówkę wbiegł Pan Wysoki. Biedny, nie zjadł nawet śniadania, a na poród się nawet nie zapowiadało. Moja położna powiedziała, że jeszcze dzisiaj się mną zajmą, ale muszą najpierw ugasić pożar. A właściwie to kilka. Straciłam już nadzieję, że Kropek kiedykolwiek wyjdzie na świat, a już na pewno, że zrobi to bez niczyjej pomocy. Oprócz nocnego bólu z okazji balonika, nie czułam kompletnie nic. 

Byłam pewna, że tak się nie może czuć kobieta, która zaraz ma urodzić. Powinnam była coś przeczuwać. Cokolwiek. A ja nie czułam nic. No dobrze - złość, że akurat w tym tygodniu nastąpiło totalne przeciążenie na porodówce. W tym tygodniu akurat, w którym zamierzałam urodzić. 

Wysłałam Wysokiego do domu, a sama walnęłam się na swoje łóżko. Błyskawicznie usnęłam, bo przez większość nowy walczyłam z bólem miesiączkowym. Należało mi się trochę snu, prawda? Szkoda, że nie wszyscy byli tego samego zdania. 

Po dwóch godzinach obudził mnie ten sam ból, który czułam w nocy. Dokładnie tak, jakby za chwilę miało mnie zalać, jakby za moment ciocia w czerwonym kabriolecie miała zajechać (czy jakoś tak) pod patologię ciąży. Ze wzruszeniem przypomniałam sobie ostatnie dziewięć miesięcy bez tego bólu - było fajnie, nie powiem. Dziewczyny z pokoju uświadomiły mnie, że przez sen pojękiwałam. Po tym jak się obudziłam, nawet nie próbowałam przestać. 
- Czy Ty przypadkiem nie rodzisz? - zapytała jedna z nich 
- Nie wiem. CHYBA ROBI MI SIĘ ROZWARCIE - stwierdziłam, bo to był ten sam ból, który czułam w nocy (notatka na przyszłość: rodzisz, idiotko!). 
- Mamy zawołać pielęgniarkę? Lekarza? Kogokolwiek?
- Nie wiem. CHYBA NIE. 

Odnoszę wrażenie, że stresujące sytuacje zamykają wszystkie drzwi i okna prowadzące do rozsądku w mojej czaszce.

Jakieś pół godziny później miałam kolejną wątpliwość. Otóż nie wiedziałam, czy odeszły mi wody płodowe, czy może się spociłam - a miałam do tego pełne prawo, bo strasznie bolał mnie brzuch. Czułam kropelki potu na czole i właściwie już nie wzbraniałam się przed stękaniem i pojękiwaniem. 

- Wiesz co, jednak zadzwonię po kogoś, bo to się CHYBA ZACZĘŁO - powiedziała koleżanka, po czym kliknęła na przycisk przywołujący kogoś z zewnątrz. 

Chwilę zeszło zanim zjawił się ktokolwiek (ach, happy hour!). Ja w tym czasie zdążyłam wstać z łóżka i popłynąć.  Dosłownie. Nie miałam już ŻADNYCH wątpliwości, że odeszły mi wody. 

CDN.