Polecajka: numer 4

Mam dla Was świeżutką porcję linków, fajne lekkie filmy i coś do czytania. Usiądźcie sobie wygodnie. Już? To zaczynamy! 



Wprowadzenie poniedziałkowych #WOstatnimOdcinku zrzuciło ze mnie obowiązek informowania Was o tym co się u mnie dzieje poza, oczywiście, "ostatnimi odcinkami". Przyznaję, seria zaczęła mi się podobać (dajcie znać czy Wam też!). Zobaczymy jak długo pociągnę. Zazwyczaj wpychałam swoje trzy grosze w Polecajkę, ale teraz - na Wasze szczęście - możecie cieszyć się czystym zbiorem ciekawych rzeczy, które wynalazłam w ostatnim miesiącu. 


Nie jestem jeszcze przestawiona na tryb "zapisz to w tym momencie, bo wyleci ci z głowy" i kilka rzeczy uciekło w niepamięć, ale spokojnie, pracuję nad tym. 

KSIĄŻKA 

Być może to tylko moje zboczenie, ale uwielbiam wąchać - i robię to bardzo długo i intensywnie - nowe książki, jeszcze zanim przewrócę pierwszą stronę. Zapach papieru ma w sobie coś magicznego, zwłaszcza ten szorstki, beżowy. Zawsze kiedy trzymam w rękach nową książkę to najpierw muszę ją obwąchać, potem delikatnie odginam pierwsze strony. Zasada jest prosta: im grubsza tym lepsza. Powoli je przewracam (to znaczy strony), aż dotrę do samego końca. Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się podejrzeć historii ani rzucić okiem na zakończenie. W tej kwestii jestem twarda jak skała. 

Przeczytałam już chyba wszystkie książki Emily Giffin (bardzo je lubiła biblioteka na Końcu Świata), więc ucieszyłam się jak dziecko po raz pierwszy w wesołym miasteczku wykręcając nos klauna, kiedy Wydawnictwo Otwarte podrzuciło mi ją w prezencie. Umówmy się - fakt, że ją dostałam, a nie kupiłam nie wpływa w żaden sposób na jej ocenę, bo o tym czy książka jest dobra czy nie decyduje tylko to co jest w środku. Nie jej cena. 

"Ten jedyny" to zabawna książka o dojrzałej kobiecie, która, no cóż, nie zachowuje się zbyt dojrzale i chyba jeszcze nie wyrosła ze szkoły, a w każdym razie nie zamierza się od niej oderwać. Pracuje na swojej ukochanej uczelni opisując sportowe życie uczelni, czyli przede wszystkim ukochaną drużynę futbolową, na której czele stoi legenda. Tak się przypadkiem składa, że Legenda jest mocno zaprzyjaźniona z naszą bohaterką i zwykle ratuje ją z opresji, albo, dajmy na to, załatwia pracę w czymś poważniejszych niż gazetka dla studenciaków. Shea powoli wkracza w dorosłość (chociaż powinna zrobić to już dawno), zamierza się ustatkować i złapać męża (po trzydziestce już by wypadało). Historia zaczyna się robić zabawna w momencie, kiedy najpopularniejszy zawodnik drużyny futbolowej i były kapitan drużyny prowadzonej przez Legendę zwraca uwagę na szarą myszkę o imieniu Shea. Pytanie brzmi: czy to ten jedyny? 



Książka była naprawdę dobra, chociaż mam wrażenie, że pierwsze 3/4 (z 523 stron) było bardziej dopracowane i historia toczyła się właściwym sobie trybem, a potem już włączyło się przyspieszenie. Mimo to, myślałam o niej jeszcze długo po skończeniu. Czy była dobra? Daję jej 9 na 10. ♥♥♥♥♥♥♥♥♥

FILM

Szukacie lekkiej komedii? Podrzucę Wam fajny film, ale nie jest o nic ambitnego. Można się pośmiać! "Sąsiedzi" to historia młodego małżeństwa, która całkiem niedawno skończyła studia, a teraz wchodzi w bagno codziennej rutyny: dziecko, praca, więcej dziecka, jeszcze więcej dziecka i praca. Boli ich to, że już muszą być poważni, ustatkowani i przewidywalni. Już nawet nie dla siebie, ale dla córki. 

Kiedy do domu obok wprowadzają się studenci i organizują w nim siedzibę bractwa, nasi bohaterowie najpierw się zaprzyjaźniają z grupą rozimprezowanych dzieciaków, a potem dochodzą do wniosku, że wolą swoje nudne, dorosłe życie od porannego kaca siedem dni w  tygodniu. Jaki z tego wniosek? Trzeba się pozbyć bractwa. Raz na zawsze. 

Moja ocena? Zabawny, lekki film. Z cyklu: do pośmiania się. 8 na 10. ♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥


LINKI, LINKI I WIĘCEJ LINKÓW


Koniecznie musicie zobaczyć spot Jacka! Nie jest mi po drodze do polityki i staram się trzymać od tego z daleka, ale pokazuję Wam to dlatego, że a) Jacek pochodzi z moich rodzinnych stron i trzymam za niego kciuki, b) spot jest naprawdę dobry! 




CO U MNIE? 

Zapraszam Was na nowe odcinkin Nocnej Owsianki - pojawiają się w środy i niedziele w godzinach porannych! Polubcie też stronę na fejsie, na której zbieram inspiracje poradnikowe pod tytułem: jak napisać powieść? To głównie stamtąd będziecie dowiadywać się o nowych odcinkach NO i tam też będę dzielić się. (Szablon ciągle jest w budowie, ale mam nadzieję, że nie razi Was to aż tak bardzo). 

Jestem PODEKSCYTOWANA NA MAKSA, że już jutro zobaczę się z kilkoma osobami, które mnie czytają. Mam nadzieję, że będzie miło i, że deszcz Was nie spłoszy TYM BARDZIEJ, że mam dla Was coś fajnego. Poznamy się, pogadam, wypijemy dobrą kawę... Już nie mogę się doczekać!
Mam tylko nadzieję, że promotor wybaczy mi nieobecność na jego wykładzie, ale cóż. Są rzeczy ważne i ważniejsze. BlogoweLove już jutro o godzinie 15:00! 

Posty, które mogły Wam umknąć: 


KOT NA DZIŚ
(Wiem, że tylko na to czekacie!)


Jak wiecie, Leon zawsze uczestniczy w pisaniu postów. Tak samo jak zawsze jest obecny przy robieniu zdjęć na bloga. Sprawdza czy wszystko jest na swoim miejscu, przestawia, jeśli zachodzi taka potrzeba i pilnuje, żeby nic nie uciekło z pola bitwy. Moja ocena? ♥♥♥♥♥♥♥♥♥

Jak zabić Prokrastynację?

Droga prokrastynacjo, 
ustalmy coś: my się nie lubimy. Nie przepadamy za sobą i z trudem znosimy swoje towarzystwo. Dlaczego w takim razie tak często składasz mi wizyty? 

Bo widzicie, ta małpa wpada do mnie zdecydowanie zbyt często i zazwyczaj wybiera takie momenty, w których nie mam czasu się na niej skupić. Ale co ją to obchodzi? Właście wtedy, z wyszczerzonymi zębami pakuje mi się do pokoju, prosi o kubek herbaty, a potem siada na sofie, zrzuca mi kota z poduszki i zaczyna do mnie gadać. 


Teraz już jestem mądrzejsza i potrafię użyć kilku pięknych wyrażeń, żeby się jej pozbyć, albo... albo po prostu biorę się do pracy i staram się ją ignorować. 

Prokrastynacja* lubi szeptać do ucha: "nie dzisiaj...", "masz jeszcze czas, poczekaj...", "przecież nie jesteś jeszcze w 100% przygotowana...". To własnie ona odpowiedzialna jest za te wszystkie niedokończone i nierozpoczęte sprawy, bo według niej nie ma jeszcze na to odpowiedniej pory. Co więcej - raczej nigdy nie będzie. Bo idealna pora jest WŁAŚNIE TERAZ. 

Idealny poranek, w którym stwierdzisz "to dziś" nigdy nie będzie miał miejsca. Zawsze będzie coś do dopieszczenia, do przetarcia, do przesunięcia i zmieniania, ale do jasnej anielki: dlaczego z powodu małych drobiazgów trzeba od razu rezygnować ze wszystkim rzeczy w życiu? 

Mój sposób? Pomyśl sobie, że jeśli nie zrobisz tego dzisiaj to  już nigdy nie będzie ku temu okazji. Świat się skończy. Sosna walnie w Twoje auto podczas burzy. Zapragniesz mieszkać na wyspie Wielkanocnej, a ostatni przelot w tej dekadzie mają dziś, o północy. Jeśli nie teraz to NIGDY, rozumiemy się? 

Być może problem tkwi nie w Twoim lenistwie i chęci przeciągania tego w nieskończoność. Może po prostu tak bardzo chcesz uciec od tego projektu, że odwlekanie jest jedyną Twoją bronią. Jeśli tak, to może pora zmienić projekt? Być może już wyrosłaś lub wyrosłeś z tego co kiedyś było dla Ciebie ważne i może robiąc to jeszcze pięć lat temu miałoby to dla Ciebie większe znaczenie, ale teraz...? Jeśli jednak nie czujesz nieprzyjemnych dreszczy na myśl o skończeniu lub zaczęciu TEGO CO MUSISZ skończyć lub zacząć, to znaczy, że wpadła do Ciebie Ciotka Prokrastynacja. 

Przedstaw się jej grzecznie, a potem taktownie wyproś. Jeśli jednak to nie zadziała i Ciocia zażąda od Ciebie herbaty z czterema kroplami cytryny i dwiema łyżeczkami brązowego cukru, musisz przejść do działań zbrojnych. 

Jak zabić Prokrastynację? 
Krótki, ale skuteczny poradnik 

  • Nie odkładaj na jutro. I jeszcze trzy razy to powtórzę: Nie odkładaj na jutro, nie odkładaj na jutro, nie odkładaj na... JUTRO NIE ISTNIEJE, jutra nie ma. Może nie nadejść. Jutro, czyli nigdy, ustalmy to, dobrze? Jeśli zabierasz się za coś "jutro" zamiast wziąć się za to dzisiaj, to lepiej wyjdziesz na tym, jak po prostu to skreślisz. Bo jutra nie ma, okay? 

  • Przypomnij sobie, dlaczego tak bardzo Ci zależy. Przecież ni robisz tego, bo ktoś Ci kazał, prawda? Zazwyczaj odkładamy te projekty, które robimy dla siebie, bo wydają nam się mniej ważne od tych nakładanych przez osoby trzecie. Błąd! Nasze projekty prowadzą do naszego rozwoju, do osiągania naszych celów i do spełniania naszych marzeń, a używając do tego prostej matmy od razu widać, że są ważniejsze od tych, które są nakładane na nasze barki. I to nie przez nas. Wróć myślą do chwili, w której zapadła decyzja o rozpoczęciu tego przedsięwzięcia. Przypomnij sobie wszystko co Cię wtedy napędzało. Czujesz to? Co chcesz tym udowodnić? Poczuj jeszcze raz to pragnienie, zobacz cel i przypomnij sobie, że robisz to dla siebie. Czyli najważniejszej dla Ciebie osoby. 

  • Nie myśl, tylko zrób. Ten krok przydaje się zwłaszcza w przypadku regularnych ćwiczeń. Kiedy nie myślę o tym, nie analizuję i nie zastanawiam się jak bardzo w skali od 1 do 10 nie chce mi się ćwiczyć, jestem zdrowsza. Psychicznie. Czuję impuls, nie pozwalam sobie na zniechęcające myśli i jeszcze zanim zacznie docierać do mnie, że nie mam ochoty, po prostu biorę się do działania. Nie myśl. Odetnij się. Włącz muzykę i jedziesz! Tylko szybko, szybko! Żeby Ci nie przyszło do głowy jak bardzo Ci się nie chce! Jeśli jednak docierają do Twojej głowy skrawki myśli zaczynające się od "nie" - przeczytaj o zasadzie pięciu minut. 


A jak Wy radzicie sobie z tą wredną jędzą? Macie swoje sposoby na odwlekanie? 

*Prokrastynacja to inaczej zwlekanie. Męcząca tendencja do przekładania czynności na później. 

Przypominam o zapisach na BlogoweLove

W ostatnim odcinku... #4

Ten tydzień sponsoruje Wrocław, piwo i Dentosept A. Czy zaiskrzyło między nami? Czy trzeba mnie było nieść na rękach do hotelu? Czy spuchłam z okazji ząbkowania? Tego i kilku innych wspaniałych rzeczy dowiecie się z tego odcinka. 


Na początku tygodnia zorientowałam się, że jestem w kropce, bo przede mną doprowadzanie mieszkania do ładu (powrót Wysokiego) (nie, żebym znowu żyła w burdelu, kiedy go nie ma, ale sami rozumiecie), prasowanie (a robię to średnio dwa razy w miesiącu) i zaplanowanie wycieczki do Wrocławia. 


Tak się złożyło, że w tym miesiącu Wysoki jest w pracy gdzieś w połowie Polski i wraca akurat przez Wrocław. Dostałam natchnienia podróżniczego i obwieściłam, że jedziemy na trzy dni do Wro. Nie było sprzeciwu. Znalazłam hostel, zapytałam Was o kilka obowiązkowych punktów, ale przede wszystkim ustaliłam z PW, że chcemy się powłóczyć po mieście, po prostu. 

Z resztą, każdy nasz pobyt w dużym mieście polega na piciu kawy, wczesnym wstawaniu, dobrym jedzeniu i... zwiedzaniu stadionów. Tak właśnie. Zwiedzaniu stadionów. I tu nie chodzi o moją miłość do piłki nożnej, bo jej, tak między nami, zupełnie nie ma, ale o Wysokiego i jego zachwyt zieloną murawą. 


Ale od początku: W poniedziałek ledwo żywa pobiegłam do Annie, gdzie odbyła się inauguracja nowej tradycji licealnych przyjaciółek: co miesiąc spotykamy się u każdej, po kolei (nie ma tak dobrze jak kiedyś, nie mieszkamy już razem), pijemy wino i jemy dobre rzeczy. To po to, żeby mimo tego całego zamieszania w dorosłym życiu nie stracić kontaktu i przynajmniej (!) raz w miesiącu się zobaczyć. 

W środę oddałam Leona w troskliwe ręce Pani Teściowej, a sama zabrałam się z walizką na dworzec autobusowy. Wpakowałam się w Polskiego Busa i spędziłam upojne cztery godziny na przeglądaniu skraju internetu, chociaż w planach miałam jeden artykuł. Niestety, na tablecie nie potrafię pisać dłuższych wypowiedzi niż komentarze, sorry. Na dworcu czekałam na mnie Marta - nie wiem, znacie może? Tylko niestety, jak to klasyczne mentalne blondynki, ona umówiła się ze mną na pkp, a ja z nią na pks, więc zanim się znalazłyśmy to minęło bardzo długie 30 minut. 


Czy zaiskrzyło między mną a Wrocławiem? Ciężko powiedzieć. Spodziewałam się nóg z waty, palpitacji serca czy coś w ten deseń. Ale zaiskrzyło między mną, Martą i piwem. Dużą ilością piwa. 
Z Martą znamy się już ho-ho, ale po raz pierwszy widziałyśmy się na żywo dopiero teraz. W realu jest tak samo fajna jak na skajpaju czy fejsie. 

Po kilku godzinach dojechał Wysoki i pojechaliśmy do hostelu. Zatrzymaliśmy się w Trio hostel, który był naprawdę w porządku (oprócz tego, że łóżka trzeba sobie złączyć na własną rękę, bo nie posiadają podwójnych), ale niestety nie mieli łazienek w pokojach. Na 5 punktów daję mocne 4, bo zostawili nam kawę i herbatę w pokoju i trzymali nam miejsce parkingowe na naszą prośbę. 


No cóż, a potem bujaliśmy się po mieście (i stadionach), piliśmy piwo (między innymi w Spiżu), szukaliśmy krasnali i tak dalej. Z tego miejsca macham do czytelniczki z piękną fioletową szminką, która miała na tyle odwagi, żeby do mnie podejść w momencie, kiedy mieliśmy z Wysokim poważną dyskusję dotyczącą śpiewających przystanków tramwajowych. 

W piątek zebraliśmy manatki i spakowaliśmy się do auta, a potem pojechaliśmy do Zoo. Aktualnie Zoo bardziej mnie smuci niż cieszy (nie tak jak to było 10 lat temu), bo te biedne zwierzątka tak smutno na mnie patrzą, że aż mi się oczy szklą. Tam też spodziewałam się wielkiego wow, a tu nic. Serce mi pękło kilkadziesiąt razy, zwłaszcza wtedy, kiedy zatrzymaliśmy się w jednym z (niewielu czynnych) punktów gastronomicznych, gdzie przyszło mi jeść zapiekankę z dwiema lwicami. Zapiekanka była do piachu, lwice były smutne. 


W weekend kompletnie umierałam na "ósemkę". Już myślałam, że ominie mnie ten zaszczyt, ale wychodzi na to, że ósemki odezwały się dopiero teraz. Od dwóch dni żywię się papkami i zupami stylizowanymi na kremy. Mam nadzieję, że do soboty (czyli do spotkania!) nie będę już spuchnięta, a przynajmniej nie aż tak. 

!!!

Do "BlogoweLove" zostało już tylko 5 dni! Jeśli nie wiecie o co chodzi to koniecznie zajrzyjcie tutaj! Mam przyjemność współpracować z naprawdę niesamowitymi osobami, więc spotkanie będzie więcej niż fajne. Jutro idę zamykać kilka szczegółów - spieszcie się z rejestracją! 

KOT TYGODNIA

BlogoweLove - spotkanie z czytelnikami!


\
Łaaaaał, już nie wierzyłam, że spotkanie dojdzie do skutku, a tu proszę: spotykamy się już za tydzień! Gdyby nie Mari, która dzielnie dyrygowała akcją, obawiam się, że jeszcze trochę by zeszło... no, nieważne. Jest mi bardzo miło zaprosić Was na spotkanie! (Wspominałam o nim tutaj i większość ankietowanych była mocno za przedsięwzięciem). 

Poznamy się, wypijemy dobrą kawę, zjemy coś pysznego i POGADAMY. Gratisowo dokładam szkolenie, które wyłoży Maciek i będzie dotyczyło - jak się pewnie domyślacie - blogowania.  Nie musicie oczywiście mieć swojego bloga, żeby się pojawić na spotkaniu! Wystarczy, że weźmiecie trochę dobrego humoru w kieszeń i ochotę, żeby poznać kogoś nowego. Kto wie co ciekawego z tego wyjdzie? 

Spotykamy się w Zdrowe Love (jeśli jeszcze nie widzieliście tego miejsca, to odsyłam do wpisu o ZL). Czekam na Was w sobotę (25.10) o godzinie 15:00 na ulicy Józefa Ignacego Kraszewskiego 8/1 w Krakowie. Nie martwcie się: ani ja, ani Mari, Pan Wysoki i Maciek też - NIE GRYZIEMY. 

Co będziemy robić? Przede wszystkim będziemy się dobrze bawić! 

Zarezerwujcie sobie 3-4 godziny w sobotę i dołączcie do nas. Specjalnie dla Was urywam się z seminarium. 

Żeby mieć jakikolwiek pojęcie o ilości uczestników, bardzo Was proszę - zapiszcie się do wydarzenia i KONIECZNIE wypełnijcie króciutką ankietę, którą znajdziecie TUTAJ. Zapisy potrwają do czwartku, 23.10.2014 do godziny 23:59. Jeśli nie macie fejsa, sama rejestracja wystarczy. Powiedziałabym nawet, że jest ważniejsza od wydarzenia na fejsie.  Proszę, potraktujcie zapisy poważnie - zapisanie się oznacza potwierdzenie obecności! 

Poznajmy się! Kawa + rozmowy + więcej rozmów = piękna sobota! (Blogo-szkolenie gratis!)



Mamy pomysł na sobotę - koniecznie wpadnijcie do Zdrowe Love o godzinie 15:00. Poznamy, wypijemy pyszną kawę i rozwiążemy problemy egzystencjalne ludzkości. Blogujecie, zamierzacie blogować albo czytacie blogi? Świetnie! Widzimy się 25ego października! 

Spotkanie kierowane jest do wszystkich, którzy mają ochotę się z nami zobaczyć i fajnie spędzić czas. Przypominam raz jeszcze: nie musisz mieć bloga! Po prostu wpadnij! 
(Ale najpierw dodaj się do wydarzenia i KONIECZNIE wypełnij formularz!) 

To co, do zobaczenia?