Raz urlop, proszę

Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że nie jestem w stanie złapać własnego cienia. 

Byłam pewna, że kiedy tylko Ślub i wszystkie przygotowania do niego zostaną odhaczone na mojej długiej, naprawdę długiej liście rzeczy do zrobienia przed godziną ZERO, zwolnię. I, że będzie spokojniej. Że będzie mniej do zrobienia, że zdążę się jeszcze wyspać i, że bez problemu uporam się ze studiami. 

I chociaż wtedy, tuż przed ślubem, musiałam się roztroić, tak teraz mam wrażenie, że wcale nie jest lepiej. Znowu muszę działać na trzech frontach, a moje marzenie o tym, żeby na spokojnie przygotować się do przyjścia na świat Kropka, cała wyprawka i cieszenie się wyprowadzką... cóż, pozostają tylko marzeniem. 



Regularnie dostaję opieprz od połowy mojego otoczenia, że powinnam rzucić w cholerę przynajmniej połowę moich zobowiązań. Czas leci mi jak szalony, budzę się w poniedziałek i okazuje się, że to już piątek, a ja powinnam wygłaszać prezentację z durnego przedmiotu, który oprócz bezsennych godzin nie wnosi nic do mojego życia. 

Przyznaję. Nie wyrabiam. 

Do tej pory wychodziłam z założenia, że im więcej na siebie nałożę, to tym więcej będę w stanie zrobić. I może to ma prawo bytu, ale nie wtedy, kiedy w połowie dnia masz ochotę przyciąć komara w windzie w drodze do biura. I też nie wtedy, kiedy okropnie bolą Cię plecy, a Twój brzuch nagle zaczyna ciążyć tak, jakbyś trzymała pod koszulką piłkę lekarską, która swój ciężar opiera na naciągniętych nitkach przyszytych do mięśni. 

Będąc w ciąży, odnoszę wrażenie, człowiek szczyt swoich możliwości ma na 70% obrotach, po czym pada wieczorem na łóżko i stwierdza, że po całej tej bieganinie to zdecydowanie najpiękniejszy moment tej doby. 

I nie, nie narzekam i nie marudzę, że noszę w sobie dziecko. Już jestem w nim zakochana na zabój i rozczula mnie nawet wtedy, kiedy kopie mnie w pęcherz, a ja wykrzywiam się z tej okazji jak kretynka. Albo w żołądek. To też jest słodkie, chociaż zbiera na wymioty. 

Jestem szczęśliwa, że za chwilę będę matką. Ale wściekam się sama na siebie, że przygotowałam sobie taki wyścig tuż przed, zamiast cieszyć się tymi niepowtarzalnymi chwilami pierwszej ciąży. Chciałabym móc to celebrować, zamiast nocami przeglądać strony internetowe z ubrankami i na oślep dodawać je do koszyka.  

Dlatego musicie mi wybaczyć, ale biorę blogowy urlop. Potrzebuję dwóch tygodni, w które nadgonię studia, odbębnię projekty i dokończę magisterkę. Przyda mi się też ten czas na przemyślenie kilku spraw, bez zadręczania się, że nie odpisałam na Wasze komentarze (wyrzuty sumienia autentycznie mnie zagryzają!) i bez świadomości, że wczoraj przecież miałam się odezwać, bo zawsze odzywałam się co dwa dni. 

Muszę się trochę odbić od dna, zrozumiecie to, prawda? I mam nadzieję, że wrócicie tu tuż po moim "urlopie*". 

Ściskam mocno i do przeczytania za dwa tygodnie, 
Nadine


PS: W trakcie urlopu będę na Instagramie - @bomabycmrucznie. Polecam też śledzenie strony na Fejsie


*Koniec "urlopu" przypada na 7 maja, sprawdziłam. 

Dlaczego jesteś nieszczęśliwa? Zaraz Ci powiem!

Zrobiłam sobie wczoraj wagary. Z premedytacją nie poszłam na zajęcia, chociaż jeszcze do 7 rano ostro się na nie wybierałam. Pomyślałam sobie, że więcej skorzystam na tym jak sobie najzwyczajniej w świecie odpocznę po długim tygodniu, niż na przysypianiu podczas wykładów. 

Żeby nie było, jestem bardzo pilną studentką i kiedy nie ma mnie na zajęciach to na pewno kąsają mnie wyrzuty sumienia. Tym razem wydeptałam wszystkie i pozwoliłam sobie na (prawie) wolną niedzielę. Prawie, bo praca magisterska sama się nie napisze, a szkoda. 


Tyle, że nie umiem się z niej cieszyć.To znaczy, z wolnej niedzieli. Ostatnio mam straszne spadki nastroju. Atakują mnie co kilka dni. 

Zrzucam to na hormony. 

To nie do wiary, że w jednej chwili może mi się chcieć wszystkiego, mogę nie móc znaleźć sobie miejsca i roztrajać się, a zaraz potem siedzę na dywanie i płaczę, albo zastanawiam się czy nie zakopać się po kołdrą i nie przespać najbliższych miesięcy. To strasznie męczy - zwłaszcza Pana Wysokiego. Wiem o tym i staram się hamować, ale te górki i doliny są naprawdę niezależne ode mnie. 

Chociaż i tak w międzyczasie zastanawiam się czy to aby na pewno nie ja i kiedy do jasnej anielki, zdążyłam stać się potworem. Mam nadzieję, że to przechodzi. 

W każdym razie, postanowiłam spisać listę powodów, dla których jestem nieszczęśliwa, żeby móc je potem rozstrzelać i wpiąć się na jakieś wyżyny. Być może Wam też dadzą do myślenia. 

Dlaczego jesteś nieszczęśliwa? 10 powodów
Zebrała i spisała Nadine na potrzeby własne 

Nic tak naprawdę nie robisz 
A Twoją najlepszą przyjaciółką jest Prokrastynacja. Jesteś mistrzynią wymówek i robisz wszystko, tylko nie to co trzeba. Najmniejsze rzeczy mają w Twoich oczach rozmiar wielkiego słonia, a to przecież jest nie do przełknięcia. No... na pewno nie na teraz. 

Żyjesz w świecie wirtualnym
Internet i Social Media to wspaniałe wynalazki, ale jest szansa, że nie umiesz z nich korzystać. Jeśli więcej czasu spędzasz w sieci i to tam tak naprawdę żyjesz, to znaczy, że masz problem. I to poważny! 

Śpisz niewystarczająco długo 
Albo dla odmiany - za długo. Jeśli przegniesz w którąkolwiek stronę to nic dziwnego, że rozlatuje Ci się dzień, a co za tym idzie - samopoczucie. Jeśli się nie wysypiasz to skąd masz brać siłę i energię? 

Wieje nudą? 
A to dlatego, że dawno nie opuściłaś swojej strefy komfortu! Dla własnego zdrowia psychicznego powinnaś to robić regularnie - nawet, jeśli oznaczało by to planowanie robienia tych rzeczy z kategorii wow

Ledwo wracasz z imprezy, a już pędzisz na drugą 
I dosłownie i w przenośni. Próbując nadgonić kontakty towarzyskie możesz się w którymś momencie przejechać. Imprezy są w porządku, ale jeśli jest ich za dużo, to nie ma w nich już nic zabawnego.

Żyjesz tylko pracą 
A Twoja równowaga między życiem osobistym, a pracą nie istnieje. Jeśli jesteś przepracowana to nie masz siły (i czasu!) na życie prywatne. Nic dziwnego, że jesteś nieszczęśliwa! 

Nie jesteś zadowolona ze swojego wglądu 
Bo jesz niezdrowo, wpychasz w siebie śmieci i słodkie ulepki. Najwięcej ruchu zażywasz w drodze na autobus, albo podczas spaceru do kuchni. Oprócz tego, że wyglądasz nie tak, jakbyś sobie tego życzyła, to jeszcze czujesz się jak słoń. Na własne życzenie!

Startujesz w wyścigu szczurów 
I nie zwracasz uwagi na rzeczy dużo ważniejsze. Gonisz za pieniędzmi i straciłaś z oczu sens swojego życia. Naprawdę chcesz się ścigać? Wolisz mieć czy być?

Otaczasz się wampirami energetycznymi 
Którzy skutecznie zatruwają Ci życie i ciągną Cię za trampki w dół. Od takich osobników lepiej trzymać się z daleka. Naprawdę, istnieją ludzie, którzy potrafią zmotywować do działania i przy których świat wydaje się piękniejszy. No i nie noszą w kieszeni gradowej chmury.

Angażujesz się... na siłę 
Bo wypada! W relacje, w projekty, we wszystko - łapiesz się, bo inni się łapią. Wchodzisz w to, bo inni wchodzą. Nie masz na to najmniejszej ochoty, ale przecież inni tego od Ciebie oczekują, a presja otoczenia totalnie Cię przygniata.

Chcesz być nieszczęśliwa
Bo tak łatwiej. Zaszyjesz się w łazience, chlipniesz kilka razy i ponarzekasz na niesprawiedliwość tego świata i na to, że znowu zarosły Ci nogi. To jest Twój wybór - ale nie miej do nikogo pretensji, dobra?

Dla odmiany, możesz też włączyć przycisk bycia szczęśliwą. Wymaga on tyle samo zaangażowania co Twój obecny tryb życia. Mówię serio. 

Projekt Ślub: Obrączki

- Które podobają Ci się najbardziej? 
To nie był nasz pierwszy, ani drugi, ani dziesiąty raz u jubilera, bo często w ramach spaceru zahaczaliśmy o witryny sklepowe i równie często wchodziliśmy do środa, żeby zmierzyć obrączki. 


Co do jednego byliśmy pewni już na wstępie. Po tym, jak dowiedzieliśmy się o istnieniu soczewkowych obrączek, byliśmy na milion procent nastawieni na to, że będą one delikatnie wypukłe od środka. Takie są wygodniejsze - wyczytałam pól sieci i wypytałam wszystkich posiadaczek obrączek. 

Ale wracając do pytania: które podobają Ci się najbardziej?
Cóż, nie wiedziałam. Wiem, że to dziwne. Powinnam już dawno mieć wybrany model, albo przynajmniej mieć oferty wszystkich jubilerów w okolicy w jednym palcu.

Kiedy szliśmy zamawiać obrączki skrojone na miarę, takie w stu procentach nasze, nagle okazało się, że oprócz tego, że mają być soczewkowe - nie wiemy nic. Wysokiemu podobały się zupełnie inne niż mi - bardziej strojne, większe i "ciekawe", a ja byłam w stu procentach pewna tylko tego, że moja obrączka musi być... cienka. Możliwie jak najcieńsza, bo na moich krótkich palcach wielki kawał złota wyglądałby bardziej śmiesznie niż ładnie.


Chyba mieliśmy problem, bo dzień, w którym udało nam się zebrać do jubilera był ostatnim dniem, kiedy szansa na odebranie obrączek jeszcze przed ślubem była stosunkowo duża. 

A wiecie, obrączki. Najważniejsza rzecz - zaraz po Panu Młodym - na ślubie.

Drogą kompromisów zrobiliśmy przesiew modeli, które nie wchodzą w grę, a potem rozwiązaliśmy problem naszym niezawodnym sposobem - zagraliśmy w kamień, papier i nożyce. No dobrze, może niezupełnie tak, ale musicie wiedzieć, że ten system świetnie sprawdza się w naszym związku i większość konfliktów rozwiązujemy właśnie poprzez grę w marynarzyka. Tym razem, po odrzuceniu modeli, które były totalnie na nie, zostały nam ze dwa, a z tych dwóch zdecydowaliśmy się na... stuprocentową klasykę. 

Moja obrączka ma 3 milimetry (chciałam 2,5, ale wtedy musiałabym zrezygnować z grawerka), Wysokiego 4,5. I są... piękne. Z żółtego złota. Bez kamieni szlachetnych, bez piaskowania, bez dziwnych łączeń i super-oryginalnych rozwiązań.


Dzięki soczewce od środka faktycznie są wygodniejsze, chociaż tutaj trzeba uważać z rozmiarem: PW dwa dni przed ślubem biegł do jubilera, żeby poszerzyć obrączkę, bo ta, którą zamówił była jednak trochę zbyt ciasna. Jeśli mnie pamięć nie myli, te z soczewką powinny być ciut większe niż wychodzi w mierniku, poprawcie mnie, jeśli strzeliłam gafę. 

Mieliśmy jeszcze zagwozdkę w sprawie grawerowania obrączek. Moim marzeniem było wygrawerować na jednej "i żyli długo", na drugiej "i szczęśliwie", ale Pan Wysoki nie przyklasnął na mój pomysł. Drogą kompromisu wygrawerowaliśmy na nich tylko swoje imiona - mało oryginalnie, ale to miłe nosić Mateusza na palcu.


A jak wyglądają Wasze obrączki? Mieliście wizję, czy szliście na żywioł? A jeśli jesteście jeszcze przed, to jak je sobie wyobrażacie?

Rewelacje drugiego trymestru ciąży

Wpadłam w panikę. 

Wczoraj odkryłam, że zaczęłam 7 miesiąc ciąży, a to oznacza tylko jedno: do końca zostało mało czasu. Zdecydowanie ZBYT MAŁO czasu, aby zrobić wszystko to, co planowałam zamknąć do dnia porodu.



Usiadłam na spokojnie w niedzielne popołudnie nad kartką papieru i próbowałam zebrać myśli, a przy okazji stosy kartek, na których notowałam wszystko to, co trzeba zrobić przed godziną zero. Zawiera się w tym między innymi zamknięcie tematu studiów i napisanie ORAZ obrona pracy magisterskiej, przeprowadzka, wyprawki i inne około dziecięce sprawy, i nie jest to nawet połowa dużych rzeczy, które trzeba domknąć w 90 dni. Musicie uwierzyć mi na słowo - trochę tego jest. 

Rozpisałam wszystko na kartkach, które insynuują 30 dniowy okresy, żeby przestać myśleć o tym co mam zrobić w czerwcu, skoro nad głową mam jeszcze masakrę kwietniową. Mniej więcej przedstawiłam plan działania Wysokiemu: 

- Do końca kwietnia muszę zrobić to, to, to, to i to. W maju mamy załatwić to, tamto i jeszcze to i to i jeszcze kilka innych rzeczy. W czerwcu będzie czas na to, tamto, siamto, to i to, to, to, to i jeszcze pasowałoby zrobić to. Misiek, żałuję, że to nie styczeń

Nad głową Wysokiego wyrosły znaki zapytania, bo średnio ogarnia rzeczywistość grając na PS4. Poza tym, no cóż, spójrzmy prawdzie w oczy. To ciągle facet, a oni mają w zwyczaju olewać nasze babskie problemy i napady paniki, zwłaszcza te, które ściśle powiązane są z czarnowidztwem. 

- ...może wtedy bym się wyrobiła. 
I to jest moment, w którym uderzam głową o blat stołu. 

Nie mam pojęcia, gdzie podziały się te wszystkie miesiące, Jasne - były święta, potem sesja, ślub... Nie wiem też dlaczego w momencie, kiedy jest już po tych wszystkich strategicznych rzeczach tego roku, ja mam jeszcze mniej czasu niż miałam przed i w trakcie.

Poza tym, pamiętam jak czułam się w pierwszym trymetrze, a to podobno lubi się powtarzać i nasilać w trzecim. Niestety nie mam czasu na popołudniowe drzemki, lamenty i emocjonalną masakrę piłą mechaniczną.

Drugi trymestr ciąży był naprawdę w porządku. O ile pod jego koniec czułam, że mam brzuch, tak na jego początku było trochę tak, jakbym sobie to wszystko zmyśliła. Teraz nie mogę szybko chodzić, (czasem wręcz wlokę się jak ślimak), zaczynam mieć problemy z wiązaniem butów (chwała temu, kto wymyślił baleriny!) i przez ostatnie tygodnie zdecydowanie miałam... smaki.

Jeśli chodzi o menu restauracji McDonald, to najchętniej zamawianym przeze mnie pozycją są lody z posypką i polewą w gigantycznym kubku i małe cappuccino - bo po prostu mi smakuje. A teraz śnią mi się po nocach cheeseburgery. Nigdy nie przepadałam za kanapkami z Maca, zawsze wolałam coś z KFC, i na palcach jednej ręki mogę policzyć ile razy przez całe życie  je jadłam, ale te hamburgery z serem... teraz,,. to po prostu jakiś obłęd.

Mam też okropną ochotę na dobrą pizzę. Cieniutką, z oliwą i mozzarellą i świeżą bazylią. O-mamo, teraz też bym zjadła. Najchętniej jadłabym tylko i wyłącznie fast foody i lody. "Zdrowe rzeczy" wchodzą mi naprawdę ciężko. Właściwie to warzywa muszę w siebie wciskać, trochę łatwiej jest z owocami.

Zmieniły mi się rysy twarzy. Jestem bardziej okrągła. Waga w gabinecie lekarskim ostatnim razem wskazywała niecałe dwa kilo od początku ciąży, ale i tak czuję, że rozrósł mi się tyłek i, co ciekawe, oprócz w brzuch, poszło też w cycki. Nie mam w domu wagi dla własnego zdrowia psychicznego, dlatego nie kontroluję jej częściej.

Moje włosy układają się o niebo lepiej niż przed ciążą. Rosną ciut szybciej niż zazwyczaj i mam całe kępy tak zwanego baby hair. Za to paznokcie zrobiły sobie wolne i o ile na początku były twarde i bardziej zdrowe niż nie, tak teraz są rozdwojone, pokruszone i wyginają się na wszystkie strony świata. Podejrzewam, że to zasługa dwukrotnej hybrydy - raz, przed ślubem dla testów i dwa, na ślub. Za to rosną szalenie szybko i hybryda wygląda już okropnie źle po półtora tygodnia.
Moja cera... jest okay. Przesusza się, ale to chyba sezonowy wybryk, nie jestem tym specjalnie zaskoczona.

Przeziębienie, które złapało mnie po ślubie trzymało mnie równe dwa tygodnie, a do tej pory zatoki dają mi o sobie znać. Jakoś nie doceniałam dobroci występujących w aptece, po których w ciągu dwóch, trzech dni wracałam do żywych. Teraz, kiedy mogłam się szprycować tylko w ostateczności, dochodziłam do siebie bardzo długo. Wyprzedzając pytania - tak, oprócz naturalnych produktów leczniczych skoczyłam też po lekarstwa dla kobiet w ciąży.

No i... mam napady paniki. Mam wrażenie, że nic nie wiem, a powinnam już wiedzieć wszystko. Martwię się o największe pierdoły, takie nic nieznaczące drobiazgi, ale też mam masę życiowych dylematów. Czuję, że tutaj górę biorą hormony, bo Wysoki zawsze patrzy na mnie jak na wariatkę, kiedy wyjeżdżam z jakimś nowym wnioskiem, czy wątpliwościami.

A teraz biorę się w garść. Marzy mi się jeszcze tyle rzeczy przed przyjściem Kropka na świat, że nie ma sensu marnować cennych minut i energii na użalanie się nad sobą. Wymyśliłam sobie jeszcze blogowe rewolucje, bo wiem doskonale, że kiedy młodzieniec wpadnie do naszego życia, to wielkie zmiany w tym temacie będą musiały zaczekać. Jak nie teraz to kiedy?