Rok z Multiplanerem - sprawdził się czy nie?

Bez kalendarza jestem jak bez ręki. Co roku przedzieram się przez oferty sklepowe, żeby znaleźć kalendarz idealny, taki, który będzie mi towarzyszył przez okrągły rok. Nie jestem z tych osób, które w przypływie postanowień noworocznych kupują zeszyt, żeby po dwóch miesiącach zupełnie o nim zapomnieć. 




To znaczy, do momentu, w którym nie odkryłam swojego "układu idealnego", zdarzało mi się zapodziać kalendarz na długie tygodnie, albo wymieniać na nowy co kilka miesięcy. Z racji tego, że teraz wiem już czego potrzebuję i co mnie zadowoli, nie żałuję kasy na plannery. Co więcej, uważam, że rzeczy, które są w ciągłym użytku powinny cieszyć oko i być tak funkcjonalne jak tylko się da. 

Znam się z Multiplanerem okrągły rok. Dlaczego? Kalendarz zaczyna się od października i kończy na początku stycznia. Z jednej strony to całkiem wygodne (głównie dla studentów), ale z drugiej to nie do końca trafiony termin. Kalendarze szkolne zaczynają się od września, na nowy rok od stycznia, więc jeśli się tego sprytnie nie zaplanuje, trzy miesiące kalendarza zostają porzucone na pastwę losu. 

Wybrałam format B5, średni, o chwytliwej nazwie 2planer. Miałam w rękach 3planer i doszłam do wniosku, że z moimi zapiskami to my się tam nie zmieścimy, a nawet jeśli, to zaginął w akcji.  Różnica między 2 a 3planerem polega na ilości rozcięć zeszytu. Pierwszy dzieli się na "foldery" i "kalendarz z notatnikiem", a drugi ma rozdzieloną część notatnikową. Wszystkie strony są odpowiednio ponumerowane, więc w każdej chwili można się wrócić, odnieść, przypomnieć sobie co-nie-co, jeśli tylko będziemy systematycznie wszystko oznaczać. 

Wolałam wersję z jednym rozcięciem z prostego powodu: sprawdza się u mnie rzut tygodniowy z miejscem na notatki. Dlaczego? Bo bardzo często mam rzeczy do zrobienia w ciągu tygodnia i nie zawsze wiem w jakim konkretnie dniu dam sobie z nimi radę. Dlatego często rozpisuję je na dole, a potem dopiero przypisują do konkretnych dni. 




Format B5 to kalendarz wielkości zwykłego zeszytu. Obawiałam się, że mniejszy nie zmieści wszystkiego co mam do przetrzymania, a A4 jest dużo za duży do pracy poza domem. Ten format sprawdził się bardzo dobrze. Piątka dla niego.

Okładka jest skromna, skóro-podobna z wytłoczonym napisem "multiplaner". Na końcu i na początku zeszytu przyklejone są dwie zakładki-koperty, w których z łatwością można przechowywać kartkę A4 zgiętą na pół. Trzymam tam zdjęcia, miesięczny budżet, plan zajęć, wizytówki, notatki... część notatek zdarza mi się trzymać "luzem". I tak nie uciekną, bo gumka łapie okładkę. Do drugiej kieszonki dołączony był cienki zeszyt podzielony na foldery, dzięki czemu można rozpisać w nich kilka projektów. To fajny pomysł, tylko szkoda, że zeszyt jest taki cieniutki. 




Planer zawiera kalendarze na rok bieżący, jeden w tył i jeden w przód. Z przodu jest też tabela na cały rok, ale do niej mogłabym się przyczepić. Na jednej stronie jest 9 tygodni, co jest mało czytelne. Szczerze powiedziawszy, nie ruszałam tej części, bo wolę jak na jednej stronie jest konkretny miesiąc i w tabelach można się połapać. Drogi Multiplanerze, nie żebym była czepialska, ale dwie dodatkowe kartki nikogo by nie zabiły, a w gotowych ramkach można by monitorować postępy w ćwiczeniach, planować posiłki, czy posty na bloga. Tak to drukowałam sobie tabelę miesięczną i trzymałam między stronami. 

Znalazło się też kilka pasiastych i kraciastych stron na notatki - jedna z przodu i mały plik na końcu. Na tej pierwszej zapisałam postanowienia noworoczne (naprawdę, polecam Wam ten patent) i tym sposobem nie jestem w stanie o nich zapomnieć. Jak tylko otworzę kalendarz to od razu rzucają mi się w oczy. 

A jak miewają się nasze osławione "foldery", które pozwalają zarządzać kilkoma projektami na raz? Pomysł z odrębnym miejscem na projekty jest pomysłem trafionym w 10. I tak - folderów jest 10, można się swobodnie przemieszczać między nimi bez względu na to na jakiej stronie kalendarza się znajdujemy. Dodatkowo numerując można szybko się odnieść do konkretnego dnia czy konkretnego projektu. Dlatego Multiplaner to sprzęt dla tych, którzy mają dużo na głowie, albo dla tych, którzy nie mogą sobie poradzić z nadmiarem pomysłów. Foldery? Ode mnie duży plus. 


Część kalendarzowo-notatnikowa: tydzień rozkłada się na dwóch stronach. To mój ulubiony układ kalendarza. A jeszcze jak ma miejsce na notatki to już w ogóle. Każdy dzień ma ledwo widoczny podział na plan i miejsce na ustalenie priorytetu. Dodatkowo z boku jest rozkład godzin (od 8:00 do 18:00, co dwie godziny). Nie przepadam za oznaczaniem godzin w kalendarzu, zdecydowanie bardziej przemawia do mnie tryb zadaniowy, ale jest to tutaj tak słabo widoczne, że można przymknąć oko. Gdyby nie część notatnikowa to pewnie bym się nie pomieściła (często używam strzałek do oznaczania zadań i tym sposobem przypisuję je do konkretnego dnia). I tutaj tak samo jak przy folderach, każda strona notatnika odznaczona jest kodem, dzięki czemu można wracać do konkretnych treści. 

Minusem Multiplanera może być to, że kalendarz nie został przetłumaczony. Wszystkie miesiące są po angielsku i dla niektórych może to być uciążliwe. Da się jednak do tego przyzwyczaić. 


Po roku namiętnego używania zeszytu powoli odkleja się okładka. Stało się to niedawno, tyle, że ja naprawdę mocno go eksploatuję. Wybaczam mu, bo spędziliśmy naprawdę owocne 12 miesięcy i gdyby nie on to pewnie zginęłabym w czasoprzestrzeni. 

Czy warto zainwestować w Multiplaner? 
Zdecydowanie TAK, jeśli: gubisz się w swoich projektach, odnajdujesz się w tygodniowym rozkładzie jazdy i nie przeszkadza Ci wszechobecny język angielski. 2planer czy 3planer? Ja wybieram 2planer, a Ty? 

 Być może się przyda: 
2. Jak używać multiplanera? Film na youtube 
3. Moja organizacja czasu - sposoby i porady 


Używacie, używałyście, planujecie używać? Dajcie znać co o nim sądzicie!

BlogoweLove - jak było?

Zaczęło się od pomysłu. Naprawdę małego. Chciałam zaprosić te z Was, które miałyby ochotę się spotkać na kawę i to wszystko. 


Ale pomysł podłapał Maciek i zaproponował pilotażowy wykład z marketingu internetowego, potem Mari, która w organizowaniu spotkań miała większe doświadczenie. Dalej trafiłam na Monikę i jej niestandardowy sposób na życie i ostatecznie wszyscy spotkaliśmy się w moim ulubionym miejscu na Ziemi - w Zdrowe Love. Cóż, chyba już wiecie skąd wzięła się nazwa spotkania. 

Do samego końca nie byłam pewna, czy Wszystko wypali tak jakbym tego chciała. I miałam rację - nie było tak jak planowałam. Było jakieś tysiąc razy lepiej! 
Ale od początku. 



Urwałam się z ważnego konwersatorium, wybiegłam z uczelni potykając się o własne nogi i w locie wpadłam do samochodu Wysokiego. Pojechaliśmy do Zdrowe Love, żeby dopiąć ostatnie szczegóły i coś zjeść, bo tego dnia oboje od pierwszego piania koguta grzaliśmy ławki na studiach. Nie było nam po drodze z obiadem. 

Przywiozłam karteczki... wróć: profesjonalne wizytówki, które naklejałam wszystkim zebranym, żeby łatwiej nam było się komunikować. Sprawdziłam jeszcze, czy aby na pewno wzięłam  ze sobą baterię/kartę pamięci/obiektyw, bo lubię tak czasem coś sobie zapomnieć. Był komplet. 
I jeszcze więcej.


Bo widzicie, kiedy rozmawiałam z właścicielem ZL (tutaj Ci macham, Piotrek!) o moim pomyśle urządzenia spotkania w Zdrowe Love, nie spodziewałam się, że przyklaśnie. Nie spodziewałam się też, że przygotuje nam przepyszną wodę owocową, niebiańskie brownie i cudowne ciasto marchewkowe. Dostałyśmy też kawę i herbatę (najlepszą kawę w mieście!), więc mogłyśmy przez cztery godziny cieszyć się swoim towarzystwem, przerobić dziesiątki babskich tematów i zachwycać się przepysznym poczęstunkiem. Kulinarnie byłyśmy totalnie zaspokojone. 


Już w okolicach 14:30 zaczęły schodzić się dziewczyny. Szczerze powiedziawszy jeszcze rano bałam się, że wszyscy, którzy się zgłosili dadzą sobie z tym spotkaniem spokój, ale potem modliłam się, żeby nie przyszło 100% zapisanych, bo, no cóż, Zdrowe Love nie jest największym miejscem i 20 osób to już taki max, który swobodnie może się przemieszczać między krzesłami. 

Mieliśmy dwóch gości: Maćka, który zaprezentował zalążek naszego nowego projektu, który ma ruszyć od listopada (trzymajcie kciuki!) i Monikę. Monika zajmuje się dźwiękoterapią. Pokazała nam działanie "magicznych misek", opowiedziała trochę ciekawostek, a potem odpowiadała na pytania, które w głównej mierze dotyczyły technik relaksacji. Od Moniki dostałyśmy wejściówki na jej zajęcia - mam nadzieję, że wybierzemy się tam całą grupą! 


Dodatkowo Monika przyniosła upominki dla uczestniczek - sól do kąpieli i peeling do ciała od Medynczego F.B.I (Face and body institute) oraz kupony rabatowe na usługi salonu. 

Całe cztery godziny poznawałyśmy się i rozmawiałyśmy o WSZYSTKIM. Dziękuję Wam dziewczyny za przybycie i mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze nie raz nie dwa i nie cztery. Były uściski, a nawet mi się dostały małe prezenty. (Dziękuję za czekoladę, Jagoda!)
Dziękuję też Zdrowe Love za wspaniałe miejsce, atmosferę i poczęstunek, który zwalił nas z nóg. Maćkowi, za poświęcony czas (bo wiem, że ma teraz deficyt wolnego czasu), Monice za świetny wykład i za zaproszenie na zajęcia, F.B.I za prezenty i Panu Wysokiemu, który wspierał mnie na długo przed i w trakcie spotkania, dodatkowo zabawiał towarzystwo jako jeden z dwóch obecnych tam mężczyzn i uwieczniał całe przedsięwzięcie na zdjęciach. 



Dziękuję. 
Naprawdę, bardzo, ale to bardzo dziękuję. 


PS: Dobra wiadomość - planujemy cykliczne spotkania z fajnymi warsztatami! 
PS: Dziewczyny, które były obecne na spotkaniu: napiszcie do mnie maila o tytule: dźwiękoterapia. Będę się z Wami kontaktować w sprawie terminów naszych wspólnych zajęć z Moniką! 

W ostatnim odcinku... #5

Usłyszałam ostatnio, że jestem zabiegana. Powiedziałabym raczej, że roztrzepana. Czasem w środku robienia pewnej czynności przypominam sobie o X innych, które trzeba było zrobić na wczoraj, I tak właśnie wyglądał mój ostatni tydzień. 



Po powrocie z Wrocławia zrobiliśmy sobie w miarę luźny weekend (w myśl zasady niepracujących weekendów) z myślą o tym, że kolejny oboje spędzimy na uczelni. Wysoki po półrocznej przerwie wrócił na studia, a ja boję się nawet myśleć jak się z tym ogarniemy, bo już i tak wystarczająco skomplikowane wydawało mi się prowadzenie domu będąc jednocześnie na UEKu, a co dopiero, kiedy na zajęciach będziemy oboje.  

Specjalność jaką wybrałam, czyli Zarządzanie i doradztwo personalne, to tylko most pomiędzy zdobyciem tytułu, a studiami podyplomowymi z Coachingu. Mam nadzieję,  że zapał mnie nie opuści, chociaż już teraz wiem, że przyda mi się rok przerwy. 

Zaczęły się seminaria, a ja powinnam już głęboko się zastanawiać nad tematem pracy magisterskiej. No, ściślej rzecz biorąc mam czas do piątku. Chciałabym zahaczyć o Coaching, ale jeszcze nie mam pojęcia za który róg się wezmę. 

Cały tydzień kręcił się dookoła przygotowań do BlogoweLove, które odbyło się w sobotę. Zrobiłam klasyczną ninję ryzykując zaliczenie przedmiotu, żeby być na czas i przywitać wszystkich uczestników imprezy. Opowiem Wam o tym w następnym wpisie, bo chciałabym podziękować kilku osobom, które włączyły się do akcji, a poza tym, cóż, było NIEPRZYZWOICIE FAJNIE. 


We wtorek wyrwałam się skoro świt do Ambasady Krakowian na śniadanie. Ostatnio kręcę się wokół spotkań przy śniadaniu. No bo sami zobaczcie: nie dość, że można poznać fajnych ludzi, nawiązać nowe znajomość i stworzyć fajne projekty, to jeszcze można się najeść. 

Warunkiem uczestnictwa w śniadaniu jest przyniesie czegoś do jedzenia. Chciałam stanąć na wysokości zadania i wygoglowałam jednomiskowe ciasto czekoladowe. Z ciasta czekoladowego nie wyszło niestety nic atrakcyjnego, a raczej powstał jeden wielki zakalec (który potem rozkruszyłam i zrobiłam z tego bazę do deseru), więc musiałam posiłkować się niezawodnym ciastem bananowym. Wyszło. 

Śniadania odbywają się we wtorki, od godziny ósmej, i można tam poznać niesamowite osoby zajmujące się dosłownie wszystkim! Na pewno będę tam zaglądać. 

Potem w myśl zasady, że przynajmniej raz na dwa tygodnie odbębniamy spacer po Rynku, przeszliśmy się z PW uliczkami Krakowa i wylądowaliśmy na herbacie. 



Po ciężkich zmaganiach na uczelni i po emocjach, które nie schodziły ze mnie do końca spotkania z czytelnikami, w niedzielę wybraliśmy się z Panem Wysokim do CK Browar na grzane piwo. Aż wstyd się przyznać, ale byłam tam po raz pierwszy. Nie mam pojęcia jak ominęła mnie cała zabawa z rurami piwnymi przez ostatnie cztery lata moich imprez. 


Moje plany na ten tydzień? 
Wybieram Wysokiego do pracy, a sama jadę z Leonem na Koniec Świata. Dawno tam nie byłam. Ściślej rzecz biorąc, od Wielkanocy zajrzałam tam tylko przelotem przy okazji ślubów moich przyjaciółek, więc postanowiłam zrobić sobie tydzień (może trochę więcej) detoksu od Krakowa. Zamierzam dokończyć uzupełnianie zakładek na BMBM i mam w planach nowy szablon na blogu z powieścią. Poza tym, będę dociskać zlecenia i projekty. Nudy. No i zrobię porządek w swoich rzeczach, które jeszcze tam zostały, bo przy okazji przeprowadzki moich rodziców przyda mi się ogólny pogląd na ilość moich gratów. 
Chociaż i tak uważam, że wszystko to ma wartość sentymentalną. Żeby nie było. 


KOT NA DZIŚ: 



Miłego tygodnia Wam życzę!

PS: Kochani, szukam telefonu. Polecicie coś w cenie dla śmiertelnika, z dobrym albo bardzo dobrym aparatem i najlepiej z systemem android? A jeszcze lepiej, żeby znalazło się w ofercie Play? Nie szukam cudów, od cudów mam tablet, ale szukam czegoś, co będzie robiło lepsze zdjęcia niż mój toster. 

Polecajka: numer 4

Mam dla Was świeżutką porcję linków, fajne lekkie filmy i coś do czytania. Usiądźcie sobie wygodnie. Już? To zaczynamy! 



Wprowadzenie poniedziałkowych #WOstatnimOdcinku zrzuciło ze mnie obowiązek informowania Was o tym co się u mnie dzieje poza, oczywiście, "ostatnimi odcinkami". Przyznaję, seria zaczęła mi się podobać (dajcie znać czy Wam też!). Zobaczymy jak długo pociągnę. Zazwyczaj wpychałam swoje trzy grosze w Polecajkę, ale teraz - na Wasze szczęście - możecie cieszyć się czystym zbiorem ciekawych rzeczy, które wynalazłam w ostatnim miesiącu. 


Nie jestem jeszcze przestawiona na tryb "zapisz to w tym momencie, bo wyleci ci z głowy" i kilka rzeczy uciekło w niepamięć, ale spokojnie, pracuję nad tym. 

KSIĄŻKA 

Być może to tylko moje zboczenie, ale uwielbiam wąchać - i robię to bardzo długo i intensywnie - nowe książki, jeszcze zanim przewrócę pierwszą stronę. Zapach papieru ma w sobie coś magicznego, zwłaszcza ten szorstki, beżowy. Zawsze kiedy trzymam w rękach nową książkę to najpierw muszę ją obwąchać, potem delikatnie odginam pierwsze strony. Zasada jest prosta: im grubsza tym lepsza. Powoli je przewracam (to znaczy strony), aż dotrę do samego końca. Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się podejrzeć historii ani rzucić okiem na zakończenie. W tej kwestii jestem twarda jak skała. 

Przeczytałam już chyba wszystkie książki Emily Giffin (bardzo je lubiła biblioteka na Końcu Świata), więc ucieszyłam się jak dziecko po raz pierwszy w wesołym miasteczku wykręcając nos klauna, kiedy Wydawnictwo Otwarte podrzuciło mi ją w prezencie. Umówmy się - fakt, że ją dostałam, a nie kupiłam nie wpływa w żaden sposób na jej ocenę, bo o tym czy książka jest dobra czy nie decyduje tylko to co jest w środku. Nie jej cena. 

"Ten jedyny" to zabawna książka o dojrzałej kobiecie, która, no cóż, nie zachowuje się zbyt dojrzale i chyba jeszcze nie wyrosła ze szkoły, a w każdym razie nie zamierza się od niej oderwać. Pracuje na swojej ukochanej uczelni opisując sportowe życie uczelni, czyli przede wszystkim ukochaną drużynę futbolową, na której czele stoi legenda. Tak się przypadkiem składa, że Legenda jest mocno zaprzyjaźniona z naszą bohaterką i zwykle ratuje ją z opresji, albo, dajmy na to, załatwia pracę w czymś poważniejszych niż gazetka dla studenciaków. Shea powoli wkracza w dorosłość (chociaż powinna zrobić to już dawno), zamierza się ustatkować i złapać męża (po trzydziestce już by wypadało). Historia zaczyna się robić zabawna w momencie, kiedy najpopularniejszy zawodnik drużyny futbolowej i były kapitan drużyny prowadzonej przez Legendę zwraca uwagę na szarą myszkę o imieniu Shea. Pytanie brzmi: czy to ten jedyny? 



Książka była naprawdę dobra, chociaż mam wrażenie, że pierwsze 3/4 (z 523 stron) było bardziej dopracowane i historia toczyła się właściwym sobie trybem, a potem już włączyło się przyspieszenie. Mimo to, myślałam o niej jeszcze długo po skończeniu. Czy była dobra? Daję jej 9 na 10. ♥♥♥♥♥♥♥♥♥

FILM

Szukacie lekkiej komedii? Podrzucę Wam fajny film, ale nie jest o nic ambitnego. Można się pośmiać! "Sąsiedzi" to historia młodego małżeństwa, która całkiem niedawno skończyła studia, a teraz wchodzi w bagno codziennej rutyny: dziecko, praca, więcej dziecka, jeszcze więcej dziecka i praca. Boli ich to, że już muszą być poważni, ustatkowani i przewidywalni. Już nawet nie dla siebie, ale dla córki. 

Kiedy do domu obok wprowadzają się studenci i organizują w nim siedzibę bractwa, nasi bohaterowie najpierw się zaprzyjaźniają z grupą rozimprezowanych dzieciaków, a potem dochodzą do wniosku, że wolą swoje nudne, dorosłe życie od porannego kaca siedem dni w  tygodniu. Jaki z tego wniosek? Trzeba się pozbyć bractwa. Raz na zawsze. 

Moja ocena? Zabawny, lekki film. Z cyklu: do pośmiania się. 8 na 10. ♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥


LINKI, LINKI I WIĘCEJ LINKÓW


Koniecznie musicie zobaczyć spot Jacka! Nie jest mi po drodze do polityki i staram się trzymać od tego z daleka, ale pokazuję Wam to dlatego, że a) Jacek pochodzi z moich rodzinnych stron i trzymam za niego kciuki, b) spot jest naprawdę dobry! 




CO U MNIE? 

Zapraszam Was na nowe odcinkin Nocnej Owsianki - pojawiają się w środy i niedziele w godzinach porannych! Polubcie też stronę na fejsie, na której zbieram inspiracje poradnikowe pod tytułem: jak napisać powieść? To głównie stamtąd będziecie dowiadywać się o nowych odcinkach NO i tam też będę dzielić się. (Szablon ciągle jest w budowie, ale mam nadzieję, że nie razi Was to aż tak bardzo). 

Jestem PODEKSCYTOWANA NA MAKSA, że już jutro zobaczę się z kilkoma osobami, które mnie czytają. Mam nadzieję, że będzie miło i, że deszcz Was nie spłoszy TYM BARDZIEJ, że mam dla Was coś fajnego. Poznamy się, pogadam, wypijemy dobrą kawę... Już nie mogę się doczekać!
Mam tylko nadzieję, że promotor wybaczy mi nieobecność na jego wykładzie, ale cóż. Są rzeczy ważne i ważniejsze. BlogoweLove już jutro o godzinie 15:00! 

Posty, które mogły Wam umknąć: 


KOT NA DZIŚ
(Wiem, że tylko na to czekacie!)


Jak wiecie, Leon zawsze uczestniczy w pisaniu postów. Tak samo jak zawsze jest obecny przy robieniu zdjęć na bloga. Sprawdza czy wszystko jest na swoim miejscu, przestawia, jeśli zachodzi taka potrzeba i pilnuje, żeby nic nie uciekło z pola bitwy. Moja ocena? ♥♥♥♥♥♥♥♥♥