Ślubne problemy: kwiaty

Wizja naszego ślubu zamykała się w słowach: ładnie, delikatnie i skromnie. 

Gdybym dorzuciła do tego jeszcze kilka słów określających uroczystość zaślubin, to pewnie byłoby dużo łatwiej z ogarnięciem wszystkiego w jedną całość. 

Za słowami ładnie, delikatnie i skromnie równie dobrze mógł kryć się wianek, jak i typowa garsonka zza czasów naszych babć. 


W sprawie kwiatów - a w końcu to estetyczna część uroczystości - sprawa miała się podobnie. Chciałam, żeby były ładne. Nieduże. W sumie to najlepiej, żeby to był jeden rodzaj kwiatów. Hm, żywych.  
No i, żeby bukiet kosztował mniej niż moja suknia ślubna.

Bo tak się składa, że w Krakowie i okolicach i co najlepsze - na Końcu Świata - ŚLUBNY bukiet dla Panny Młodej, świadkowej i dwie liche butonierki to koszt przynajmniej 300 złotych. I wiecie, jest to najuboższa wersja, w sumie wygląda tak, jakbym przebiegła się rano przez pod blokowe ogródki i zerwała to co tam rośnie. Gdybyśmy robili wielką szałową całonocną imprezę, gdzie koszt tych kwiatów zupełnie by zaginął - pewnie nie miałabym nic przeciwko. Ale w tym przypadku strasznie raził po oczach.  I ja wiem, że porządny bukiet ślubny musi kosztować, bo to praca, druciane stelaże, jakieś kosmiczne kwiaty i kryształy swarowskiego, ale ja nie potrzebowałam porządnego bukietu. Chciałam mieć tylko kilka kwiatków w łapie. 

Ale zacznijmy od początku: Umyśliłam sobie zwiewną sukienkę, lekkie fale we włosach i... papierowy wianek. W pierwszej chwili sądziłam, że wianek będzie idealnym pomysłem. - coś w końcu dobrze będzie wcisnąć na głowę, bo 3 metrowy welon (moja ulubiona welonowa długość!) nie wpasowywał się w wizję skromnego i delikatnego ślubu cywilnego. 

Wymyśliłam też sobie bukiet, który będzie połączeniem żywych kwiatów i kilku papierowych. Naprawdę, widziałam to oczami wyobraźni. Miało być pięknie

Zamówiłam wianek, butonierki i kilka pojedynczych kwiatków od Oli, która prowadzi swój wiankowy biznes Lemkinia. To Ola znalazła mnie, na długo zanim w ogóle myślałam o ślubie i wiankach. Wymieniłyśmy kilka maili, a potem, zimą, wygrzebałam ją z mojej zapchanej skrzynki i złożyłam zamówienie.


Tylko niestety nikt nie był w stanie połączyć specjalnie dla mnie żywych kwiatów ze sztucznymi, dlatego z zaciśniętą szczęką musiałam odłożyć ten pomysł na bok. Wianek wykorzystałam za to w sesji plenerowej i podczas dokrętek  do filmu ślubnego

Moja wybuchowa mieszanka to było nic - naprawdę, nikt nie mógł mi zaproponować żywych kwiatów w takim zestawie jaki chciałam i w cenie do zaakceptowania. Stwierdziłam, że SAMA zrobię sobie bukiet.

Byłam już naprawdę blisko tego, żeby pójść po tulipany do Biedronki i przewiązać je wstążką. Naoglądałam się filmów instruktażowych o tym, jak robić bukiety ślubne i przećwiczyłam na kwiatkach, które miałam w domu. Nie było to takie trudne. Chciałam w końcu bukietu, który wytrzyma raptem 12 minut, nie potrzebowałam usztywnień i innych takich. 

Półtora tygodnia przed ślubem zahaczyłam o pobliską kwiaciarnię, którą mam po drodze do piekarni i z ciekawości zapytałam o ceny i propozycje. Zobaczyłam trzy samotne kremowe gerbery z czarnym środkiem i zapytałam czy jest szansa zrobienia z takich kwiatów czegoś co wyglądałoby dobrze na ślubie. Gerbery wydawały się takie skromne. I jasne. I w sumie to delikatne.

Byłam już trochę sfrustrowana, a z tyłu głowy miałam te tulipany z Biedronki. Pani zagwarantowała, że kwiaty będą wyglądać dobrze. I cena butonierek, kwiatów dla mnie i dla świadkowej wyglądała o niebo lepiej niż cena we wszystkich prestiżowych kwiaciarniach. Tutaj powinnam zaznaczyć, że miałam obiecane też kwiaty do włosów, których niestety nie doczekałam, ale nie było już czasu się o nie upominać.

Właściwie i tak spóźniłam się na swój ślub, więc nie było czasu w ogóle o tym myśleć.


Z perspektywy czasu powiem Wam, że dobrze jest wiedzieć czego KONKRETNIE się chce - ja nie wiedziałam. Moja wizja kwiatów została zburzona przez to, że umyśliłam sobie papierowy bukiet, ale kompletnie nie wiedziałam z czym go połączyć i cały czar prysł.

A jeśli już planujesz, droga Panno Młoda, robić bukiet samemu, to przećwicz to jakieś milion razy, a najlepiej zrzucić odpowiedzialność na osoby trzecie.
W ślubny poranek układanie kwiatów to będzie ostatnie o czym będziesz w stanie myśleć.

Ostatecznie gerbery z czarnym środkiem pojawiły się też w wazonach na sali, gdzie urządzaliśmy obiad dla gości. Dosłownie dzień przed uroczystością zadzwoniła menedżerka restauracji i poinformowała mnie, że udało im się znaleźć moje wymarzone kwiaty.
Szkoda tylko, że zapomniało im się o haśle: samotne gerbery na długich łodygach i przybrały to wszystko paprotkami. Eh, życie. 

Jestem ciekawa jak wyglądają/jak będą wyglądać Wasze ślubne wiązanki. Macie już pomysł? A może robiłyście bukiet same? 

Zdjęcia: Juana Gałuszka

Z pamiętnika ciężarówki: boję się

Boję się. 

Dotarło do mnie, że godzina zero nadchodzi wielkimi krokami. Według lekarza powinnam być już po wszystkim na początku lipca, a to oznacza, że za półtora miesiąca z naszej trójki zrobi się czteroosobowa drużyna. Boję się.



Nie samego porodu, bo tym już zdążyłam się nastresować - dotarłam w takie zakamarki internetu, gdzie poród to najgorsze doświadczenie życia, a ja pracuję nad pozytywnym nastawieniem, więc zarzuciłam czytanie opinii nieszczęśliwych matek. Jestem przygotowana na ból, a nawet na niewyobrażalne fale bólu, przy których będę chciała umrzeć, ale już mnie to nie rusza. 

Zaczynam zwalniać. Niby ilość obowiązków wcale mi się nie zmniejszyła, ale chyba zmienia mi się myślenie. 

Jest maj, a ja jestem w połowie sesji. Oddałam już wszystkie projekty i właściwie oprócz przeglądania notatek, w tej kategorii została mi jeszcze praca magisterska, ale weszłam już poziom wyżej i żeby brzydko nie powiedzieć - mam ją gdzieś. Piszę ją w wolnych chwilach i wtedy, kiedy faktycznie CHCĘ ją pisać, co z kolei nie zdarza się zbyt często. 

Jestem zbyt zajęta wiciem gniazdka dla Kropka, żeby jeszcze wypruwać sobie żyły nad pracą dyplomową. Stwierdziłam, że musiałabym nacisnąć pauzę na jakieś dwa tygodnie, żeby zamknąć temat, a tego, no cóż, zrobić się nie da. 

Wieczorami rzucam wszystko i staram się zrelaksować. Planuję przeprowadzkę i projektuję kącik dziecięcy. Spisuję ubranka na listę, żeby wiedzieć co już mamy, a czego nam brakuje. Zamawiam resztki wyprawki przez internet i szukam mebli do mojego nowego, domowego biura. W końcu mam czas poczytać przed snem, i kto by pomyślał, jest to akurat: Projekt szczęśliwy dom

Przypomniałam sobie, jak kiedyś chciałam, żeby wyglądała moja rodzina. Chciałam rytuałów, chciałam naszych małych tradycji i domu pełnego miłości. Chciałam stworzyć prawdziwą, kochającą się rodzinę, gdzie wszyscy razem fajnie spędzamy czas, jemy wspólnie posiłki i potrafimy się cieszyć z małych rzeczy. 

Właściwie, chyba zrozumiałam istotę 9 miesięcy oczekiwania. 
Przez te wszystkie miesiące przechodzisz przez kilka faz: jest niedowierzanie, szok, szczęście, euforia, potem trochę niepewności i chwila, w której masz wrażenie, że porywasz się z motyką na słońce i, że absolutnie nie jesteś gotowa na to, aby dać życie, a co dopiero, odpowiedzialnie się tym życiem zająć.

Potem przychodzi spokój, i nie rusza Cię wizja porodu. Właściwie to nie możesz się go doczekać. Zastanawiasz się jak to będzie i cieszysz się jak głupia - łapiesz się na tym, że mówisz do brzucha i łaskoczesz małe stópki przebijające się przez naciągniętą skórę z pierwszymi rozstępami. I nawet one, to znaczy, rozstępy, nie robią na Tobie żadnego wrażenia, bo uświadamiasz sobie, że jesteś największą szczęściarą pod słońcem. Doznajesz olśnienia, efektu wow,  i czujesz się w zgodzie ze sobą jak nigdy w życiu. 

Więc czego się boję? 
Boję się tego, że przegapię poród. Wiem, że to głupie, ale boję się, że zbagatelizuję pierwsze oznaki tego, że to JUŻ. Boję się też tego, że stanie się to dokładnie w tym momencie, w którym będę zupełnie sama w Krakowie, a Wysoki będzie jakieś 600 km dalej. 

Boję się, że stanie się to wcześniej niż przewidują lekarze i znacznie wcześniej niż będę na to fizycznie gotowa. Na przykład, podczas mojej poprawki, w połowie czerwca.

Boję się, że nie zdążę nawet ze skompletowaniem całej wyprawki, zwłaszcza tej szpitalnej części. Poza tym, no cóż, mam zamiar zamknąć do TEGO momentu temat studiów i wyprowadzić się z naszego aktualnego mieszkania, a gdzieś po drodze urządzić małe baby shower. 

Boję się, po prostu, że nie zdążę.


Zdjecie: Karolina Strugalska 

Ulubione kosmetyki do pielęgnacji twarzy - skóra sucha

Skończył mi się krem pod oczy. 
Nie byłoby w tym nic dziwnego i nic smutnego, gdyby nie fakt, że był to krem doskonały. Radził sobie z moją wybitnie suchą i ciążowo-kapryśną skórą i towarzyszył mi równiutkie 4 miesiące. Był jednocześnie PIERWSZYM kremem, który faktycznie regularnie stosowałam, od samego początku aż do samego końca. Podobno po 20 roku życia już wypada czymś smarować okolice oczu, ja zabrałam się za to dopiero teraz.



Już ho-ho i więcej temu, postanowiłam działać według zasady: im mniej, tym lepiej. Bardzo szybko okazało się, że się sprawdza. Metodą prób i błędów szukałam takich kosmetyków, które będą dobre dla mojej skóry, nie wydrą mi z kieszeni całego portfela i będą jednocześnie wydajne, bo niestety i czasu i ochoty brak na wycieczki krajoznawcze po drogeriach. Miałam już dosyć testowania, naprawdę, przerobiłam już setki pozycji z "polecanych nowości". Impreza na mojej twarzy też nie przepadała za częstymi zmianami, dlatego postanowiłam mniej eksperymentować i więcej obserwować. 

Wiedziałam na pewno, że potrzebuję: 

Dobrego kremu pod oczy 
Dobrego kremu na dzień, pod podkład i czegoś mocniejszego na noc
Delikatnego płynu micelarnego 
Olejku/mieszanki olejków, który wzmocni działanie kremu na noc 
Delikatnego żelu do zmywania makijażu
Peelingu

I w okół tego starałam się stworzyć arsenał kosmetyków pielęgnacyjnych. Kilka perełek już znalazłam i to o nich dzisiaj chciałam Wam napisać. 

Krem pod oczy 
Mój pierwszy, poważny krem pod oczy. Miałam kilka nieśmiałych podejść do aptecznych kremów z Floslek, ale prawdopodobnie zabrakło mi cierpliwości żeby zobaczyć jakieś pozytywne efekty. Praktycznie wszystkie moje "podejścia" się przeterminowały i wylądowały w koszu na śmieci.

Długo żyłam w przekonaniu, że zwykły krem na dzień i krem plus dopalacz (o czym niżej) na noc w zupełności mi wystarczą. Nie czułam potrzeby stosowania czegoś jeszcze do momentu, w którym okazało się, że pojawiły mi się pierwsze, delikatne zmarszczki. Nie dlatego, że dużo się uśmiecham czy coś - po prostu zaniedbałam i przesuszyłam cieniutką skórę dookoła oczu to teraz mam, zestaw drobnych pajączków, na własne życzenie. Trochę spanikowałam, bo przecież co by nie mówić, jestem jeszcze młoda.

Eliksir pod oczy

Dostałam kilka miesięcy temu w prezencie paczkę kosmetyków kolagenowych od Lagenko, a wśród nich niepozorny krem - a nie, przepraszam, eliksir! - pod oczy. Upewniłam się, że kolagen to nie jest coś, co może zaszkodzić Kropkowi i postanowiłam zobaczyć, co na to moje zmarszczki.

Niestety się zakochałam.
Nie mam porównania (no bo skąd), ale muszę Wam powiedzieć, że był to krem, który aż chciało się używać i o którym ciężko było zapomnieć, bo ulga jaką odczuwały okolice oczu była wyraźnie odczuwalna. Problem drobnych zmarszczek i przesuszonej skóry znacznie się zmniejszył.


Mieszanka olejków
Próbowałam olejów do usuwania makijażu, ale za dużo było z tym zabawy. Zaniechałam pomysł i wcisnęłam olejowe zapasy gdzieś na koniec półki z kosmetykami. Potem szukałam kremu na noc, który faktycznie da mojej skórze pić, ale niestety bez powodzenia. W poszukiwaniu CZEGOŚ - choć jeszcze wtedy nie miałam pojęcia czego - przewertowałam wszystkie znane mi blogi kosmetyczne i doznałam olśnienia: olejek arganowy. Pod krem na noc. Bingo. Drogą internetową kupiłam malutką buteleczkę z pepitką i od tamtej pory kilka kropli rozprowadzałam na twarzy i dopiero na to stosowałam krem.

Mieszanka olejków

Gdzieś po drodze pogłębiałam swoją wiedzę z tego zakresu (chociaż w dalszym ciągu w tematach kosmetycznych jest u mnie stosunkowo płytko) i doszłam do wniosku, że mieszanka olejków będzie jeszcze lepszym rozwiązaniem niż sam olejek arganowy. Dlatego do resztki olejku arganowego dodałam olejek migdałowy i oliwę z oliwek, a potem wcisnęłam cały zestaw niebieskich rybek nawilżających z Rossmanna i tym sposobem stworzyłam sobie olejek, który idealnie sprawdza się jako dopalacz pod krem na noc.

Zanim jednak wymieszałam to co miałam, sprawdziłam jak moja skóra twarzy reaguje na poszczególne składniki osobno, żeby nie zrobić sobie krzywdy. Pozdrawiam i polecam, Nadine.

Delikatny żel kolagenowy do mycia twarzy
Nie poznałam jeszcze żelu, który nie wysuszałby mi skóry. W połączeniu z twardą, krakowską wodą wszystko sprawia, że czuję się ściągnięta i sucha jak papier ścierny (o konieczności balsamowania się już kiedyś pisałam). I nieważne czy chodzi o żel pod prysznic czy ten do twarzy. W przypadku twarzy przez dłuższy czas zaniechałam nawet stosowania wody, ale na to jestem zbyt leniwa. Długie zmywanie makijażu micelem i garścią wacików to nie dla mnie. Zdecydowanie wolę na szybko zmyć oczy, a całej reszty pozbyć się pod prysznicem.

Żel do mycia twarzy 

Kiedy uniwersalny żel do mycia (serio! Czasem myję nim nawet włosy!) dostałam w prezencie między innymi razem z kremem pod oczy, nie spodziewałam się cudów. A tu proszę. Po raz pierwszy okazuje się, że można wyjść z pod prysznica bez efektu papierowej skóry.

Przez cztery miesiące nie dobiłam nawet do połowy butelki, a dwa razy dziennie używam po pompce. Próbowałam też zmyć pełen makijaż - i tu też poradził sobie świetnie. Ale wtedy, na wszelki wypadek, stosowałam dwie pompki. 

Peeling enzymatyczny 
Do tej pory używałam peelingu głównie z firmy Lirene. Zabawa z nim polegała na tym, że nakładałam go na 20-30 minut, po czym zmywałam i smarowałam się obficie olejkami/jakąś maseczką do wchłonięcia.

Peeling enzymatyczny 

Któregoś razu natknęłam się na peeling enzymatyczny z innej firmy - z Perfecty, a, że w dodatku był na promocji, a ja już nie miałam czym się zdzierać, to bez wahania wrzuciłam go do koszyka. Niestety nie doczytałam, że on nie działa w ciągu 20 minut i szczerze powiedziawszy najpierw się zezłościłam. Producent zaleca nakładanie peelingu zamiast kremu, na noc, trzy razy w tygodniu. I powiem Wam, że okazało się to jeszcze lepszym rozwiązaniem niż peeling 20 minutowy. Nie muszę się już zastanawiać kiedy zrobić peeling i logistycznie rozkładać to w czasie, a wystarczy, że posmaruję twarz jak co wieczór i voila! Wszystko jest tak jak trzeba.
Gdybym tylko była w tym regularna..

I co ciekawe, peeling drobnoziarnisty 
Być może to kwestia hormonów, ale mimo regularnego (w miarę... bo zdarza mi się o tym zapominać) stosowania peelingu enzymatycznego, bardzo często okazuje się, że po zrobieniu makijażu wyglądam mniej więcej tak, jakbym oprószyła się mąką i skropiła wodą. Tak zwany efekt ciasta na twarzy jest mi teraz bardzo bliski, i dostaję spazmów za każdym razem, kiedy okazuje się, że znowu mnie dopadł.

Ten tutaj, peeling kolagenowy, stosuję wtedy, kiedy moja cera zaczyna wyglądać nieciekawie, a krem bb i korektor robią jej krzywdę, zamiast tuszować niedoskonałości. Przy porannej toalecie robię sobie szybką peelingową akcję i problem z głowy.

Peeling drobnoziarnisty

Sama jestem zdziwiona, bo do tej pory w pamięci miałam peelingi sprzed kilku lat, które zamiast wygładzać naskórek - roznosiły bakterie po nastoletnim licu. To dlatego przestawiłam się na produkty enzymatyczne i właściwie nie dotykałam nic, co mogłoby zrobić mi na twarzy powtórkę z rozrywki. Ten jednak spisuje się naprawdę świetnie i przekonał mnie do tego, że jednak dobry peeling ziarnisty to dobry peeling ziarnisty, a nie tylko peeling. 


A jakie kosmetyki do pielęgnacji Wy polecacie? Być może przegapiłam coś wartego uwagi, albo może macie w zanadrzu swoje prywatne perełki? Koniecznie się tym podzielcie! 

Błędy w organizacji czasu, które popełniam

Przez wiele miesięcy opracowywałam staranny plan funkcjonowania z Panem Wysokim pod jednym dachem. Nie było już babskiego królestwa, a klasyczne życie zwykłej pary plus kota, gdzie pod nogami walały się skarpetki i nigdy nie wiadomo było co będzie na obiad.

Trochę czasu zajęło mi zanim mniej więcej (chociaż jak się tak głębiej zastanowić to mniej) wypracowaliśmy dwutygodniowy rytm. Potem zaczęłam chodzić do biura częściej niż pracować w domu, potem bocian przyniósł Kropka, potem ustaliliśmy wyprowadzkę, potem okazało się, że dobrze by było zamknąć studia... i nie wiedzieć kiedy, cały ciężko wypracowany rytm naszego duetu poszedł sobie w cholerę. 


Bo widzicie, nie mam przecież jeszcze dziecka tak namacalnie, żeby to ono było powodem mojego roztargnienia i dezorganizacji. Wiele razy zastanawiałam się jak to robiła moja Mama i czy to w ogóle możliwe, żeby pracować, studiować i wychowywać dzieci jednocześnie, a do tego mieć posprzątane w domu i pomysł na obiad. I - podobno, chociaż ciężko mi w to uwierzyć - czas dla siebie. Tak Mamo, uważam, że jesteś nadczłowiekiem. 

Przez ten ostatni okres zrozumiałam, że nie trzeba mieć motywacji, czy chociażby chęci do robienia czegokolwiek. Przychodzi taki czas, że po prostu nie masz wyjścia i wtedy nagle znajdują się siły na zrobienie obiadu na dzień następny czy napisanie kilku punktów w drugim rozdziale magisterski. Jeśli musisz to nie zastanawiasz się nad tym czy masz ochotę. Po prostu podnosisz tyłek i bierzesz się do roboty, to wszystko. 

Zagadka wszechświata została rozwiązania. Kiedy nie masz czasu na narzekanie i roztrząsanie tego jak bardzo Ci się nie chce to bierzesz się w garść i tyle. Poważnie, bez akompaniamentu własnego umysłu, który wymyśla Ci pierdyliard wymówek dlaczego lepiej jednak się za to nie zabrać jest dużo łatwiej. Działasz jak robot, ale co z tego - coś za coś. 

Oprócz tego, że do większości rzeczy nie potrzebuję specjalnego natchnienia, a jedynie terminu na wczoraj, dotarło do mnie, że popełniam kilka podstawowych błędów w mojej organizacji czasu. No dobrze, nie wpadłam na to sama i trzeba mi było wielokrotnie pokazywać i to na zbliżeniu gdzie się wykładam, ale grunt, że załapałam. 

Kilka razy dziennie zaglądam do kalendarza papierowego i równie często do tego wirtualnego. Codziennie mam przygotowaną listę rzeczy do zrobienia i zwykle zawiera ona nie mniej niż 20 pozycji. Zapisuję dosłownie wszystko - od spotkań, przez pracę, po obowiązki domowe, bo kiedy nie mam czegoś na kartce to automatycznie wyrzucam to z głowy. 

I chociaż robię wszystko to, co powinno się robić, aby ogarniać swoje życie w ciągu 24 godzin, coś nie trybi. Gdzieś musi być luka... Po długich obserwacjach okazało się nawet, że nie jedna. Z niemałym wstydem, przyznaję się, że popełniam kilka podstawowych błędów w mojej organizacji czasu: 

Przeceniam się
Jak już wspomniałam, moja codzienna lista rzeczy do zrobienia ma nie mniej niż 20 punktów. Są to punkty zarówno z kategorii: słonie i hipopotamy, jak i z tych w stylu dwuminutowych. Kolega kiedyś zapytał czy jestem poważna, kiedy wykreśliłam przy nim kolejny punkt w środku dnia, a do końca, według planu, zostało jeszcze 17. 

Oprócz tego, że narzucam sobie każdego dnia zbyt dużo rzeczy do zrobienia, to jeszcze... nie mam pojęcia ile one zajmą. Kiedy kiedyś orientacyjnie spróbowałam podliczyć ile godzin pracy sobie naszykowałam, to okazało się, że już w połowie listy był poranek dnia kolejnego. Naprawdę, ciężko jest odbębnić jednego dnia 6 godzin pracy plus 3 godziny pisania magisterki, zrobić dwa projekty na studia i nauczyć się na egzamin, a do tego ogarnąć dom i jeszcze spędzić trochę czasu z własnym mężem, a w locie wyczesać kota. Fizycznie nie da się tego zrobić, przykro mi. 

Zaczynam od rzeczy łatwych 
Zawsze tłumaczyłam sobie, że taki lekki rozbieg jest jak najbardziej wskazany i wręcz zdrowy, ale wiem już, że jeśli nie ugryzę czegoś większego na starcie, to jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że nie tknę tego wcale, albo zastanie mnie północ. Tak, to prawda, że podczas układania hierarchii trzeba wrzucić na pierwsze miejsce zadanie, które spędza sen z powiek, a dopiero potem patrzeć na resztę. 

Sama stawiam sobie ograniczenia 
Do niedawna nie wyobrażałam sobie, żeby robić coś przed śniadaniem. Zazwyczaj potrzebowałam chwili dla siebie, żeby się ogarnąć, przyrządzić coś dobrego, pogadać z PW i po prostu się rozpędzić. Wtedy też zdarzało mi się startować z czymkolwiek w okolicach godziny 10 i to jeszcze tak leniwie, że zdążyłam przeczesać sieć i skoczyć po kawę do kuchni. 

Teraz wstaję po 5, żeby nauczyć się na egzamin, a potem bez wyrzutów sumienia zjeść śniadanie z Wysokim, pranie wstawiam przy okazji mycia zębów, a odkurzacz odpalam o 07:30. Zdarza mi się też pisać pracę magisterską gotując obiad, ale to już wyższa szkoła jazdy. Ograniczenia, które sama sobie kiedyś stawiałam przestały mieć prawo bytu. 

Rozpraszam się
Niestety, w dalszym ciągu odbieram telefony podczas pisania artykułów i w dalszym ciągu odkrywam się od jakiegokolwiek zajęcia przynajmniej kilka razy. Mam zamiar w 100% skupiać się na tym co robię, choćby po to, żeby poczuć, że robię cokolwiek. A wszystko przez... 

Obrzydliwa wielozadaniowość 
Wiem, że zaczynanie kilku rzeczy na raz jest bez sensu. Wtedy człowiek rozwleka to co ma do zrobienia jak tylko może, a przecież sumując wysiłek i czas w to włożony zawsze wychodzi na minusie. Niestety w dalszym ciągu oszukuję samą siebie i próbuję sobie udowodnić, że jednak da się połączyć dwie równoważne czynności. 

Ups, jednak nie. O ile wielozadaniowość sprawdza się przy automatycznych i mało absorbujących rzeczach - typu: przy prasowaniu oglądam filmy - tak kiedy próbujesz jednocześnie pisać projekt na studia i wpis na bloga, to wychodzi to średnio. 

Nie przestrzegam zasady 2 minut 
Na pewno ją znacie - jeśli jakaś czynność zajmie Ci mniej niż dwie minuty, to zrób ją od razu. Być może to kwestia tego, że ciężko mi określić ile czasu zajmuje dana rzecz (to naprawdę trudna i wymagająca umiejętność, mam nadzieję, że kiedyś się tego nauczę), ale sama sobie dołki kopię. Pierwsza i rzucająca się w oczy już na wstępie rzecz to mycie naczyń - potrafię cały dzień zbierać zlew, zanim dojdę do wniosku, że czas wziąć się za mycie naczyń. A przecież umycie szklanki i talerza to jakieś 30 sekund - To znacznie mniej niż ten cały stos wieczorem w połączeniu z nerwami, bo przecież znowu sama siebie zawiodłam. 

Nie odkładam rzeczy na swoje miejsce 
I wiem, że jak tak dalej pójdzie, to zginę przygnieciona stertami pieluszek i dzieciowych ubranek. Ten punkt po części wiąże się z zasadą dwóch minut. Niestety nie mam problemu z tym, żeby zostawić coś tak jak skończę i wyjść z domu. Dlatego też moja praca magisterska jest "stale rozłożona" - na szczęście ma swój własny stolik. I dlatego też moje kalendarze i zeszyty wraz z komputerem okupując stół niemalże non stop. 

Na szczęście sama zaczęłam zwracać sobie uwagę w tym temacie i teraz automatycznie zapala mi się czerwona lampka po skończeniu jakiejś pracy, żebym aby na pewno nie pominęła etapu odkłada na miejsce. 

Pracuję do późna 
Staram się jak mogę, ale w dalszym ciągu ciężko rozstać mi się z pracą o konkretnej godzinie. Pilnuję się, żeby o 20 zająć się już tylko przyjemnymi rzeczami, ale zazwyczaj jest tego tyle, że o 20 mówię sobie: uff, dopiero 20, zdążę i jadę dalej. Fakt faktem, punkt 23:00 odpływam, choćbym miała odpływać na stojąco. 

Chciałabym faktycznie kończyć pracę o 19:00-20:00. 

Nie planuję przyjemności 
I to jest błąd! Nawet nie zapisuję sobie, że chciałabym poświęcić trochę czasu na to czy na tamto,  bo zakładam, że i tak nie zdążę. Gdybym w swoim planie dnia, który uwzględnia godziny wykonywanych czynności konkretnie lokowała czas dla siebie, to pewnie w końcu bym go znalazła. 


A Wy jakie błędy popełniacie?