10 optymistycznych rzeczy na wiosenne przesilenie

Ostatnio w biurze wszyscy mieliśmy kiepski dzień. Właściwie to kiepskie dni zebrane do kupy przypominały już kiepski tydzień. Komuś coś nie wyszło, ktoś coś zawalił, komuś świat runął na głowę, a ja marudziłam, bo pisanie magisterki po nocach, szukanie na ostatnią chwilę ślubnych usługodawców (to napraaawdę kiepski pomysł!) i zlecenia poboczne sprawiały, że w pracy podtrzymywałam oczy zapałkami i więcej ziewałam niż komunikowałam się z innymi. No, poza marudzeniem. 


I wtedy ktoś rzucił: czy mógłby ktoś powiedzieć coś optymistycznego? Sama bardzo często używam tego pytania, kiedy już naprawdę nic gorszego nie może się zadziać - i wtedy zwykle właśnie to najgorsze dopiero się dzieje. 

Pomyślałam, że może kiedy wysilę się na kilka pozytywnych rzeczy to będzie mi łatwiej przeżyć to przesilenie wiosenne. Przyznajcie, też macie już dosyć zimy, prawda? 


10 optymistycznych rzeczy 
na 
przesilenie wiosenne 

1. Do wiosny zostało dokładnie 21 dni, teraz jak to piszę. Czy to nie wspaniałe? Za zaledwie trzy tygodnie skończy się zima i już oficjalnie będzie można pochować grube kurtki i kozaki. Nadejście wiosny to ZAWSZE dobra wiadomość! 

2. Wiosna oznacza przypływ energii. Prawdopodobnie wtedy faktycznie zacznie się chcieć: chcieć robić różne rzeczy, z którymi zwlekało się od miesięcy, chcieć uprawiać sport i chcieć wrócić do zdrowego odżywiania. Jeszcze tylko chwila, jeszcze moment... 

3. Motyle w brzuchu! Jeśli prowadzisz singielskie życie, to znaczy, że właśnie rozpoczyna się okres, w którym będzie ich najwięcej! A jeśli jesteś w związku - prawdopodobnie Twój związek przeżyje  prawdziwe odświeżenie, jak co wiosnę. 

4."Jeśli problem da się rozwiązać, to nie ma się czym martwić. Jeśli zaś rozwiązać się nie da, to martwienie się nic nie pomoże." - Ostatnio moje ulubione powiedzenie! 

5. Każdy dzień to czysta kartka i możesz ją wypełnić jak tylko chcesz! Nawet jeśli jednego dnia jest ewidentnie źle to wcale nie oznacza, że kolejny będzie przedłużeniem pierwszego. Zamknij wszystkie sprawy za sobą - najlepiej, trzaśnij drzwiami! - i zacznij wszystko od nowa.

6. Uśmiech uratuje wszystko. Istnieje teoria, że kiedy naprawdę nie masz ochoty się uśmiechać i po prostu się zmusisz - automatycznie zaczniesz się lepiej czuć. Podejdź do lustra i uśmiechnij się. Wiem, że pierwsze pięć razy będzie sztuczne, ale z każdym kolejnym faktycznie zaczniesz się do siebie szczerzyć. Pomyśl o czymś miłych i wyszczerz zęby do lustra!

7. Koty, a jeśli nie koty to przytulanie. Jest coś magicznego w samym akcie przytulania. Mam wrażenie, że druga osoba/kot wysysa całą złą energię. Koty mają tę przewagę, że nie trzeba się prosić. Chociaż w sumie nie. Nie zawsze. Właściwie to koty powinny mieć chęć na przytulanie.

8. Małe przyjemności, które można - a nawet trzeba! - sobie sprawiać. Godzina dla siebie, dobra kawa z ulubionej kawiarni, film w kinie, albo na kanapie z paczką przyjaciół, lampka wina, spacer za rękę i milion innych drobnostek, które sprawiają, że życie jest dużo bardziej pozytywne.

9. Nowa, wiosenna garderoba. Więcej kolorów, lżejsze ubrania, być może nowe nabytki, albo niesamowite łupy z second handów... Czy stworzenie zestawów na kolejny sezon nie będzie pięknym wstępem do wiosny?

10. Zawsze znajdzie się powód do świętowania! A świętować można milion rzezy na miliard sposobów: nadejście marca, odejście zimy, sobotę, imieniny Kota, Światowy Dzień Drzemki w Pracy, dzień Kobiet i dzień mężczyzn... Każdy powód jest dobry, aby tworzyć wyjątkowe chwile! (Nawet jeśli miałaby to być drzemka z okazji Światowego Dnia Drzemki w Pracy)


Jeśli macie jakieś swoje pozytywne rzeczy, które poprawią nastrój podczas przesilenia wiosennego - walcie śmiało. Chętnie uzupełnię listę o nowe pozycje! 

Dzień lenia - czy lenistwo może być produktywne?

Marzę o dniu lenia. 
Od początku do końca -  chciałabym się wylenić za wszystkie czasy, wyjąć wszystkie szpilki z karteczkami post-it, które mam powbijane w czaszkę i robić słodkie NIC. 



Naprawdę lubię wysokie obroty i to działanie na 150%, ale wiem też, że prędzej czy później baterie się wyczerpują, a wraz z nimi jakiekolwiek chęci i moc. Ostatecznie wszystko ciągniemy na siłę, po łebkach, żeby tylko było. Czy wtedy działanie na 150% nie spada do marnych 75? 

Dlatego jestem zdania, że okresy wysokiej produktywności trzeba przeplatać wysokiej jakości odpoczynkiem. Żeby dać sobie czas na doładowanie baterii i regenerację. Niestety wiem też, że przy gigantycznej ilości obowiązków i podczas metaforycznego biegu ciężko pozwolić sobie na odpoczynek i to jeszcze taki, który nie zasypuje nas wyrzutami sumienia. 

Dlatego ludzie wymyślili Dzień Lenia. To dzień, w którym trzeba zamknąć wyrzuty sumienia w szafie, wciągnąć na siebie piżamę i pozwolić na same przyjemne rzeczy. Celowo nie jest nazywany "odpoczynkiem", bo przecież "na odpoczynek nie ma czasu". Za to na rzucenie wszystkiego i świętowanie Dnia Lenia - czas znajdzie się zawsze. 

Poza tym, tylko pomyśl, jak szybko uporasz się z tym i z tamtym i siamtym i kilkoma innymi rzeczami, kiedy będziesz mieć czystą głowę i zregenerujesz siły? Wyjdzie na to samo, niż kiedy weźmiesz się za to teraz i powoli, w żółwim tempie będziesz zdobywać swoje szczyty. 

Przygotowałam dla Was małą ściągę, kiedy naprawdę warto pozwolić sobie na małe lenistwo. 


Kiedy jesteś na skraju wyczerpania 
Między "nie chce mi się", a "naprawdę nie mam już siły, ale..." jest gigantyczna różnica i z pewnością wyłapiesz moment, kiedy poczujesz, że FAKTYCZNIE nie dasz rady. Słuchaj tego co mówi Twoje ciało - ono wie najlepiej. Daj sobie trochę luzu. Jeśli to fizyczne wyczerpanie, to znaczy, że trzeba dać ciału odpocząć, jeśli psychiczne - prawdopodobnie dobrze będzie się porządnie spocić. 

Kiedy skończysz pracować 
Prawdopodobnie Twoja praca nie ogranicza się do ośmiu godzin dziennie. Po powrocie do domu,  trzeba się jeszcze tym domem zająć i zrobić jedną czwartą etatu perfekcyjnej Pani Domu. Staraj się za wszelką cenę pod koniec dnia wyłuskać czas tylko i wyłącznie na lenistwo. No dobrze - na odpoczynek, nazywaj to jak chcesz. 

Kiedy zaniedbujesz rodzinę 
Albo najbliższe Ci osoby. To ewidentnie powód, dla którego warto zrobić sobie wolne od życia i poświęcić czas tym, których kochamy. Zaniedbywanie rodziny, czyli osób, które stale Cię wspierają to kiepski pomysł. Spędź z nimi trochę czasu - są ważniejsi niż cokolwiek innego na świecie! 

Kiedy poświęcasz czas na głupoty 
Zamiast poświęcać czas na drobiazgi, które nie wnoszą nic konkretnego i którymi zajmujesz się tylko dlatego, że "to tylko chwilka i już zabierasz się za konkrety" - daj sobie czas, bez wyrzutów sumienia na lenistwo. Skoro nie robisz nic konkretnego i trwonisz czas na pierdoły  to znaczy, że lepiej będzie, kiedy zainwestujesz ten czas w produktywny odpoczynek. 

Kiedy nie doceniasz małych rzeczy i tracisz poczucie sensu 
Prawdopodobnie wiele rzeczy Ci ucieka, dlatego nie wyrzucaj sobie, kiedy w tej całej beznadziejności poczujesz potrzebę robienia niczego. Odnajdź przyjemność w chwili relaksu: obejrzyj pikujące po niebie chmury, albo znajdź chwilę aby delektować się kawą - i doceń to! Przypomnij sobie, że życie składa się właśnie z takich drobiazgów. 

Kiedy nie pracujesz produktywnie 
To, że nad czymś pracujesz wcale nie oznacza, że robisz to dobrze i, że Twoja praca przynosi jakiekolwiek efekty. Bezproduktywna praca to... no, cóż, po prostu bezproduktywna praca. Energia, którą na nią poświęcasz już dawno zwróciłaby Ci się z nawiązką podczas drzemki. Samej ciężko mi to pojąć, bo szczerze powiedziawszy, potrafię czytać podręcznik wmawiając sobie, ze się uczę, chociaż z nauką nie ma to nic wspólnego - ale przynajmniej zagłuszam wyrzuty sumienia. To naprawdę nie ma sensu! 

Kiedy brakuje Ci pomysłów i nie możesz sobie znaleźć miejsca 
Wtedy... odpocznij. Zorganizuj sobie Dzień Lenia! Kiedy odpływasz w błogim odprężeniu, pomysły same zaczynają się dobijać. Umówmy się, przeciążenie materiału nie jest wsparciem dla kreatywności. Za to relaks - jak najbardziej. 



To nie jest tak, że szukam usprawiedliwienia. Prawdę mówiąc nie udało mi się jeszcze zorganizować małej Chwili Lenia. Ale wiecie co? Jestem właśnie na Końcu Świata i zamierzam przeleżeć (przynajmniej!) godzinę w wannie.  
Bo w sumie wanna to jest czwarta rzecz na liście rzeczy dla których przyjeżdżam na Koniec Świata. No, tym razem przywiodły mnie jeszcze ślubne biznesy. 

3 tygodnie do Ślubu

Do Ślubu zostały trzy tygodnie. 
Równo za trzy tygodnie pewnie będę wychodzić z siebie i szaleć z niepokoju. 
Równo za trzy tygodnie skończy się mój Panieński żywot i rozpocznie się nowa przygoda. Według prawa zaczniemy tworzyć rodzinę - będzie nas teraz czwórka: ja, Pan Wysoki, Leon  i Kropek. 


Już nie mogę się doczekać! 
Po pierwsze, tego, aż stanę się Jego żoną, a po drugie tego, aż to wszystko się skończy. 

Bo widzicie, obawiam się, że nie przemyśleliśmy do końca terminu. No bo kto mógł wiedzieć, że nagle i niespodziewanie zwali mi się na głowę tyle rzeczy (sesja - skąd sesja w lutym?!), że nie będę w stanie ogarnąć całości i co najgorsze: nie będę w stanie się tym cieszyć. Chyba w tym wszystkim  najbardziej brakuje mi tego, żeby to przeżywać całą sobą - tak jak w przypadku naszych ostatnich ślubnych planów. 

Ta uroczystość będzie kompletnie inna od tej, jaką planowaliśmy za pierwszym razem. (o Boże - jak to brzmi: "za pierwszym razem".) Nie będzie wesela, tylko obiad dla najbliższej rodziny, a wieczorem impreza w klubie dla przyjaciół. Nie będzie welonu i modelu princessa na moich biodrach, za to będzie zwiewny muślin i fale na głowie. Nie będzie miliona atrakcji, tylko 12 minutowa uroczystość w urzędzie. 

Zdecydowaliśmy na ten zabieg celowo (to znaczy, nie wyobrażam sobie gorsetu przy moich obecnych gabarytach) - nie chcieliśmy już wesela na 150 osób. Najchętniej załatwilibyśmy sprawę we dwoje - po ostatnich zmaganiach i kilkumiesięcznych przygotowaniach mieliśmy serdecznie dosyć. 

Ja już przeżyłam swój ślub życia. Stworzyłam szczegółowy plan uroczystości i imprezy i opracowałam  go wielokrotnie. W głowie.
Zdążyłam się tym prze-ekscytować. Także ten, hucznych wesel mam już powyżej uszu. Zwłaszcza moich. 

Poza tym, wrzuciłam wszystkie priorytety do jednego słoika, dokładnie wymieszałam i pozwoliłam im się ułożyć tak jak powinny już dawno. Na pierwszym miejscu jest coś innego

Teraz będzie zupełnie inaczej. 
Lepiej. Bo na wierzchu będzie to co najważniejsze. 
I nie, nie chodzi o mój brzuch. 




Moje drodzy, mam dwa bardzo ważne pytania.
Pierwsze: Potrzebuję jakiejś miłej Pani kwiaciarki lub Pana, wszystko jedno, kogoś, kto zrobi mi piękny bukiet z żywych kwiatów dołączając do tego kilka sztucznych, które mu dostarczę. Jeśli możecie kogoś polecić, to błagam, uratujcie mi tyłek. 
Drugie: Szukam też fryzjerki lub osoby, która zna się na układaniu włosów. Potrzebuję kogoś, kto w sobotę, 14ego marca (rano) znajdzie chwilę, żeby wpaść do mnie do domu i pofalować mi włosy na prostownicy.
Zasięg: Kraków.   

Jeśli znacie kogoś takiego lub same się tym zajmujecie 
- piszcie na maila: kontakt.nadine@gmail.com 

Imię dla dziecka (dlaczego to takie trudne?)

Podejrzewam, że nie tylko ja w każdym kalendarzu, na samym końcu, zapisywałam Listę Imion, Które (na pewno!) Będzie Nosić Moje Dziecko. Lista była potwornie długa, bo zapisywałam na niej wszystko to co zapadło mi w pamięć i co sprawiło, że pomyślałam: "hej, fajnie by było, gdyby...!".



Poza tym, co roku się dezaktualizowała. Robiłam tak  od kilku lat, aż wyrobiłam sobie mocną piątkę imion dla dziewczynki i trochę słabszą dla chłopca - jakoś nie mam wyobraźni, jeśli chodzi o facetów i ich imiona. Byłam przekonana, że to co zebrałam przez tyle lat będzie porządną bazą do imienia dla mojego dziecka, ale zupełnie zapomniałam, że... 

Że tatuś też może mieć swoje typy. Lepiej - że tatuś ma mocne typy, które ciężko mu wybić z głowy, a ja będąc jeszcze radosną zakochaną studentką przytakiwałam mu w tym niewiele się zastanawiając czy FAKTYCZNIE chcę nazwać dziecko po cioci XYZ czy może po stryju ABC, albo po jego byłej. Wtedy to był jeszcze taki luźny temat do rozmów i sprzeczek. 

Problem zaczął się w momencie, kiedy rzeczywiście stanęliśmy przed wyborem imienia. Nagle okazało się, że moja niezawodna Lista Imion nadaje się już tylko do kosza, bo żadne z nich w żaden sposób nie będzie pasowało do naszego dziecka (hm, skąd ja to wiem?) i mało które będzie pasowało do wyjątkowo długiego nazwiska PW. To znaczy, wyjątkowo długiego w porównaniu z moim.

Dlatego przestałam się kłócić o swoje typy i postawiłam warunek: szukamy imienia, które zaakceptujemy i pokochamy oboje, albo chłopiec będzie nazwany po stryju ABC, a dziewczynka - w odwecie - zupełnie tak jak lalka z dzieciństwa mojej Mamy*. 

Przez jakiś czas zupełnie bez sensu rzucaliśmy pojedyncze imiona, jakie przychodziły nam do głowy kwitując je: może być, zapisz, albo eee, odpada. Co rano wymienialiśmy kilka pomysłów i dzięki temu znaleźliśmy dwa imiona, które mogłaby nosić nasza córka, gdyby rzeczywiście okazała się córką. Niestety pojawił się problem z imieniem dla chłopca.

Zamiast się wkurzać, postanowiliśmy poczekać na moment, w którym Jaśnie Kropek zechce odwrócić się w taki sposób, żeby świat (i USG) mógł zobaczyć co się za nim kryje. Znając płeć będziemy mieli z głowy praktycznie cały, albo pół problemu z wyborem imienia. Zawężenie poszukiwań wydawało się całkiem sensowne.



DOPISANE PÓŹNIEJ:  

Wczoraj dowiedzieliśmy się, że Kropek jest chłopcem. Moja intuicja mnie nie zawiodła, byłam PRZEKONANA, że to facet. Jedyne dziecko, jakie mi się śniło było FACETEM i ciężko mi było sobie siebie wyobrazić jako mamę dziewczynki. Ale już bycie mamą chłopca wydawało mi się zupełnie naturalne. 

Gdzieś po drodze miałam w głowie znak zapytania i małe zwątpienie (zwłaszcza, że według czarów i magii powinnam urodzić dziewczynkę - wiecie, kiepski wygląd, beznadziejna cera, apetyt na słodkie, okrutne mdłości i takie tam), ale kiedy doktor zapytał mnie co CZUJĘ, bez wahania powiedziałam, że czuję, że to chłopiec. 
Wysoki też to czuł. 

I chociaż absolutnie nie mieliśmy gotowych żadnych imiennych typów, nagle i niespodziewanie okazało się zupełnie jasne jak będzie nazywał się nasz syn. Wysoki, jeszcze w gabinecie, szepnął mi do ucha tylko jedno imię (które, co ciekawe, było gdzieś na mojej Historycznej Liście Imion), a potem, praktycznie na trzy-czte-ry stworzyliśmy mu zdrobnienie, absolutnie nie będące zdrobnieniem od imienia (i niemające nic wspólnego z kotami!). 

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie przysięgła, że przed ostateczną decyzją z mojej strony muszę przedrzeć się przez wszystkie możliwe imiona męskie, ale wiecie co? Czuję, że to będzie to.  




*Uważam, że imię Rozalia to najpiękniejsze imię na świecie, ale nie wiem czy miałabym odwagę nadać je córce jako imię pierwsze. Jak pewnie się domyślacie - Wysoki za nic w świecie nie zgodziłby się na małą Roz.