Poród - czy naprawdę jest się czego bać?

[Dopisane] Gdybym chciała zamieścić wszystko to, co chcę Wam opowiedzieć w jednym tekście, to czytalibyście to przez kolejny tydzień. Mam serce, dlatego podzielę historię na dwie części i prawdopodobnie dopiszę jeszcze trzecią z odpowiedziami na Wasze pytania (jeśli jeszcze jakieś macie to śmiało piszcie pod tym wpisem). Gotowi? 



Zanim odpowiem na tytułowe pytanie (a mogłabym odpowiedź zamknąć w jednym słowie), pozwólcie, że opowiem Wam historię niedoświadczonej życiem studentki piątego roku, która zorientowała się, że czeka ją poród dokładnie... 3 dni po terminie. 

Nie zrozumcie mnie źle - spodziewałam się, że 9 ciężarnych miesięcy zakończy się rozwiązaniem. W końcu Kropek będzie musiał jakoś ze mnie wyjść. Ale ten ostatni rok miał takie tempo i jechaliśmy cały czas na piątym biegu, że tak naprawdę nie miałam kiedy zastanawiać się nad tym JAK wygląda poród, CZEGO ja sama oczekuję od porodu i jak to się w ogóle odbywa. 

Dowodem mojego nieogarnięcia się i ciążowej ignorancji niech będzie to, że do 40 tygodnia NIE WIDZIAŁAM do jakiego szpitala trafimy. Lepiej, trafiłam do tego, którego akurat nie brałam pod uwagę - ostatecznie, drogą losowania zdecydowana byłam na inny. 

Ale od początku. 

W dzień, w który stuknęła mi data teoretycznych narodzin Kropka, Pan Wysoki przezornie spakował  dwie torby do samochodu. Na wszelki wypadek, gdybym wpadła w panikę i nie wiedziała co się ze mną dzieje, gdyby odeszły mi wody, czy coś. 

Zajrzałam do moich notatek, z których wychodziło, że gdyby dziecko nie urodziło się w terminie, to dobrze by było sprawdzić co u niego słychać. Przezornie zapisałam się na pierwsze KTG (co powinnam była praktykować już od 36 tygodnia ciąży, jak się okazało), którego termin wypadał na trzeci dzień po terminie porodu. I to był właśnie ten kluczowy dzień, który sprawił, że dotarła do mnie powaga sytuacji - oto za kilka chwil będę RODZIĆ dziecko. Małego człowieka, który będzie musiał przecisnąć się przez mój kanał rodny. Zaczynało to do mnie docierać. 

Pojechaliśmy do pobliskiego szpitala (nie tego, w którym chciałam rodzić), w którym znalazł się wolny termin na KTG i zapisałam się w rejestracji. Kilka dni wcześniej pod naciskiem PW pojechaliśmy tam, żeby mieć szpital na Plan B. Akurat miała dla nas czas przesympatyczna położna, która instruowała mnie po czym mam poznać, że rodzę (tak, naprawdę ją o to zapytałam). Powinna nas odprawić z kwitkiem, bo zwiedzanie dla przyszłych matek odbywa się w konkretnych terminach, ale nie wygoniła nas, tylko cierpliwie odpowiadała na pytania o wysokim poziomie durności. Ale wracając: poczłapaliśmy na kolejne piętro i zajęliśmy miejsca siedzące przed salą do KTG. My i jeszcze jakieś cztery ciężarne kobiety. 

Jeśli w tym momencie miałabym się do czegoś przyczepić, to głównie do tego, że sala do KTG znajduje się dokładnie na przeciwko sali do porodów rodzinnych. Nie wiem kto wpadł na ten poroniony pomysł. Przecież zmuszanie jeszcze dziewiczych w tym temacie kobiet do słuchania tego co dzieje się za drzwiami sali porodowej to czyste znęcanie się i powinno podlegać karze pozbawienia wolności. I właśnie w tym momencie, w którym czekałam na KTG razem z pozostałymi ciężarówkami w sali porodowej odbywał się poród. Jeśli mam być szczera - bardzo głośny poród. 

Wszystkie brzuchate popatrzyłyśmy po sobie i słychać było jak głośno przełykamy ślinę. Miałam wrażenie, że żadna z nas nie miała zielonego pojęcia na co się pisze w momencie, kiedy pracowałyśmy nad dzieckiem. Pomyślałam sobie, że to musi naprawdę cholernie boleć, skoro rodząca darła się tak, jakby ktoś obdzierał ją ze skóry. I że dałabym wszystko za cesarskie cięcie NAWET jeśli będzie to okupione kilkoma dniami niepełnej sprawności fizycznej i raną ciętą na brzuchu (i tak nie ominęły mnie rozstępy, więc kreska w tę czy w tę to żadna różnica). 

Po czym poszłam na KTG. Pozwólcie, że daruję sobie opis całego badania, bo istotne będzie tutaj nie to jak przebiegało, ale to, jak się skończyło. Bo skończyło się nieciekawie. 

Kropek urządzał sobie minutę ciszy naprzemiennie z imprezą, co zaniepokoiło położną. Kazała mi przejść do pokoju obok, na badanie ginekologiczne, więc posłusznie poszłam. Zaczęłam się bać - przecież cała ciąża szła jak w zegarku, wszystko było w jak najlepszym porządku, więc jakim prawem teraz, pod koniec, ma się wszystko posypać? 

Na badaniu ginekologicznym lekarz doczepił się z kolei do czegoś innego. Moje pojękiwania podczas akrobacji na wysokościach (od kilku miesięcy miałam wrażenie, że zdążyłam sobie połamać wszystkie kości, tam, na dole) sprawiły, że doszukała się problemu w moich kościach. Usłyszałam, że trzeba to koniecznie sprawdzić, bo jeśli jej podejrzenia się potwierdzą, to będzie to wskazanie do cesarskiego cięcia. Najpierw poczułam ulgę, a potem chciało mi się rzygać. 

Dostałam skierowanie do szpitala na już. Trzeba się było spieszyć, bo właściwie w każdej chwili mogłam rodzić (wtrącenie: Hahahaha.). Wysoki skoczył po torby do samochodu, a ja wpadłam w panikę. Podobno podpisywałam jakieś papiery, podobno Wysoki musiał je wypełniać za mnie. 

Ja myślałam tylko o tym, że zaraz będę rodzić. Wszystko jedno jakim sposobem, chodziło o sam fakt porodu. W jednej mikrosekundzie chciałam, żeby Kropek posiedział w brzuchu jeszcze pół roku, a w drugiej, żeby w końcu odpięli mi 12 dodatkowych kilogramów, bo zaczynałam się już toczyć po ulicy. 

Byłam psychicznie niegotowa. Miałam 9 miesięcy na to, żeby ułożyć sobie w głowie całą ceremonię oddania dziecka na świat, a ja to przegapiłam. Nie róbcie tego w domu, niech te 9 miesięcy będzie czasem, w którym FAKTYCZNIE przygotujecie się na narodziny Waszego dziecka, bo inaczej tuż po terminie będziecie zaskoczone, że w ogóle czeka Was coś takiego jak PORÓD. 

Zostałam przyjęta do szpitala i dostałam łóżko na Patologii Ciąży - brzmi strasznie, wiem, ale to miejsce, w którym przybywają kobiety z komplikacjami i te, które czekają na poród. 

Przez mój pokój przewinęło się wiele fantastycznych dziewczyn w przeróżnym wieku, z którymi obgadałyśmy masę fajnych rzeczy. Musicie mi uwierzyć na słowo, pobudki o piątej rano na KTG i okropna "szynka" na każde śniadanie potrafią zbliżyć zupełnie obce dla siebie osoby. Gdzieś po drodze zostało prawie potwierdzone to, że będę cięta (i, że trzeba to zrobić pilnie, bo za kilka chwil mogę rodzić), a dzień później cała teoria została obalona, bo okazało się - pozwólcie, że zacytuję mojego lekarza - taki mój urok. 

Patologia ciąży leży dokładnie między salami porodowymi i salami poporodowymi. Każdego dnia przewijało się korytarzem stado kobiet rodzących, tuż po porodzie, albo już ze szpitalnymi wózeczkami. Najgorsze jednak były noce, kiedy wszędzie było cicho i słychać było jedynie krzyki dochodzące z sal porodowych. Okropne krzyki, jakby ktoś co najmniej wbijał sobie nóż w podbrzusze, kilkaset razy. Kiedy okazało się, że wszystko ze mną w porządku i że mogę rodzić naturalnie, te krzyki wydawały mi się jeszcze głośniejsze. 

Miałam czekać. No to czekałam: jeden dzień, drugi, trzeci... Okazało się, że w szpitalu jest olbrzymi ruch, a sama porodówka przeżywa oblężenie. Mój przypadek wydawał się w tym wszystkim mało pilny - byłam w końcu tylko kilka dni po terminie, na Kropka był jeszcze czas. Trochę mnie to irytowało, bo na obchodach lekarskich dowiadywałam się, że nastąpi to "jutro". TO, czyli wywoływanie porodu. Jutro, czyli miałam wrażenie, że nigdy. 

W środę w nocy zostałam zawołana do gabinetu zabiegowego, gdzie miała nastąpić pierwsza faza wywoływania porodu. Zanim podpinają pod oksytocynę, lekarze chcą sobie utorować drogę, w związku z czym muszą posiłkować się takimi bajerami jak "balonik", aby stworzyć rozwarcie. 

Obiecywałam, że nie będzie kolorowania: balonik to dosłownie "balonik na patyku", który wprowadzany jest przez pochwę do szyjki macicy. Kiedy już całość jest na swoim miejscu, balonik poprzez "rurkę" pompowany jest solą fizjologiczną. Jak wytłumaczył mi lekarz, dziecko przez całą noc będzie uderzać w balonik głową, przez co stworzy się rozwarcie i balonik wypadnie. To może, choć nie musi zapoczątkować cały poród. 

To było w urodziny Pana Wysokiego, a ja poinformowałam pielęgniarkę, że do północy zamierzam urodzić. Rano przyszła i zapytała jak poród. Wybaczyłam jej ten sarkazm bo ogólnie była bardzo miła. 

Tyle, że przez całą noc zwijałam się z bólu. Balonik robił to co do niego należał, a ja miałam wrażenie, że zemdleję. Ból, który wtedy odczuwałam to były niewielkie skurcze - tak właśnie. Lekarz zdziwiony zapytał, czy ja w ogóle je czuję, bo ledwo je widać na KTG. Czy je czuję? Absolutnie Panie Doktorze. Mam tylko wrażenie, że wybuchają mi jajniki, w bardzo podobny sposób jak na okres, tylko nie mogę nałykać się tabletek przeciwbólowych, jak to zwykle miewam w zwyczaju. 

Jeśli cierpicie na bardzo bolesne miesiączki to właściwie nic was już nie zaskoczy. 

CDN. 



N+M=O, czyli witaj na świecie, Kropku

Po długich, poterminowych zmaganiach, które mogliście oglądać na instagramie (tak, była to moja jedyna rozrywka w szpitalu) zatytułowanych: nie rodzę, bo..., dzień po urodzinach Pana Wysokiego, 16 lipca, na świat przyszedł Kropek. 

Nie będę ściemniać, że było łatwo, bo łatwo nie było. Ale potwierdzam, że instynkt działa - to coś naprawdę niesamowitego. W jednej chwili doznajesz oświecenia i wiesz praktycznie wszystko to, co powinnaś wiedzieć. 


Najbardziej z całego wachlarza umiejętności zadziwia mnie to, jak łatwo dziecko uspokaja się przy matce - w sumie nic dziwnego, ostanie dziewięć miesięcy bardzo nas do siebie zbliżyło. Nie mogę wyjść z podziwu jak wyjątkowa więź łączy mnie z tym małym człowiekiem, bo w sumie jesteśmy razem zaledwie od kilku dni. 

Mam kisiel w mózgu i jestem na maksa rozkojarzona. 

Nie mogę się też nadziwić, jak świetnie radzi sobie z nim PW - spodziewałam się lekkiego dystansu i metody małych kroczków, a tu się okazuje, że tatuś ma w niektórych momentach rękę pewniejszą ode mnie. 

Teraz powoli się poznajemy i uczymy się gry zespołowej. Musimy zatrybić całą drużyną Wysokich, dlatego proszę o wyrozumiałość. Chciałabym w dalszym ciągu regularnie pisać na BMBM (a potem jeszcze odrobinę zmodernizować bloga) i mam nadzieję, że niedługo uda mi się odzywać 2-3 razy w tygodniu. 

Chciałabym Wam napisać o porodzie, póki jestem z tym na świeżo, dlatego, jeśli macie jakieś pytania - śmiało zadawajcie je w komentarzach. Bo wiecie, spodziewałam się zupełnie czegoś innego. Innego bólu i innych odczuć i byłam... naprawdę miło zaskoczona. 

To tyle - chciałam się tylko odezwać, że Oskar jest już z nami i że jego mama próbuje okiełznać huśtawkę hormonalną. 

Do napisania!
Nadine

Kobieta w ciąży vs. społeczeństwo

Jestem w 38 tygodniu, a więc ewidentnie widać, że jestem w ciąży. NAWET jeśli mam na sobie czarną koszulkę to i tak nie da się ukryć, że noszę pod żebrami małego brzdąca. Lepiej, za nic w świecie nie dałoby się stwierdzić, że przytyłam. Jestem w ciąży, tyle w tym temacie. 

Mam akurat dzień, w którym muszę się stawić w kilku miejscach, i aby to uczynić, muszę kilka razy przejechać się komunikacją miejską. Nie jest to dla mnie problem, od pięciu lat uważam, że moje prawo jazdy to był zbędny wydatek i świetnie odnajduję się w krakowskim mpk (pomijając te momenty, w których nie mam drobnych i natrafiam akurat na automat, który nie czyta kart płatniczych, wtedy mocno się wkurzam, a jeździć na gapę nie lubię). Poza tym, od kiedy jestem w ciąży, w autobusach spotykają mnie całkiem miłe lub zwyczajnie neutralne sytuacje - te nieprzyjemne mogę policzyć na palcach jednej ręki. 


Akurat muszę się dostać z uczelni na Nowy Kleparz, żadna skomplikowana operacja, dosłownie przystanek dalej, no, może dwa. Pełzam grzecznie na przystanek i staję pod gablotką, żeby sprawdzić ile przyjdzie mi czekać. 10 minut - nie jest źle. 

Na ławce przy przystanku, obok której stoję siedzą dwie chude studentki, dwie kobiety, którym w myślach daję 45 lat i jakiś mody Pan w garniturze. Nie mam pretensji, że nikt nie wstaje i nie błaga mnie o to, żebym sobie usiadła. Chude studentki pewnie mają okres - zawsze jak ja mam okres, to czuję się okropnie i nie mam ochoty stepować z nogi na nogę. Reklamówki dwóch kobiet pewnie zawierają coś bardzo cennego, że muszą siedzieć obok swoich właścicielek. Młody biznesmen pewnie miał kiepski dzień. 

No to stoję. Do autobusu 8 minut. 

Wtem z ławki zrywa się młody biznesmen. Spokojnie, wcale nie zauważył, że stoi obok niego ciężarówka. Po prostu podjechał jego autobus, a on zorientował się w ostatniej chwili. Jestem trochę zaskoczona i próbuję złapać równowagę, bo prawie mnie przy tym potrąca. 

Niestety nie udaje mi się usiąść na ławce. Nawet nie udaje mi się podjąć decyzji, że usiądę bo z prędkością światła siada na niej jakiś młody facet, który dosłownie przybiega z drugiego końca przystanku, żeby zająć sobie miejsce. 

A więc wychodzi na to, że im większy rośnie Ci brzuch, tym bardziej transparentna jesteś dla otoczenia. Ale czy zawsze? 

W sklepie 
W sklepach spotykałam 3 obozy: 
Obóz pierwszy: Pani kasjerko! Nie widzi Pani, że jest tu kobieta w ciąży? Proszę ją obsłużyć! 
Obóz drugi: Nikt Ci nie kazał robić sobie dzieciaka. 
Obóz trzeci: Proszę przepuścić Panią, obsłużę ją jako pierwszą. 

Zdarzyło mi się kilka razy, że Panie w kolejce KAZAŁY mi iść na przód. Zwykle były to dziewczyny niewiele starsze ode mnie. Takie, które jeszcze nie zapomniały o tym, jak to jest, albo takie, które są na bieżąco zarzucane relacjami przyjaciółek o transformacji kobiety w hipopotama.

Tyle samo razy widziałam spojrzenia mówiące: trzeba było nie robić sobie dzieciaka i padały one zazwyczaj od kobiet, których dzieci są - strzelam - w moim wieku. 

W niektórych sklepach, na przykład w Almie, w Rossmanie, czy w H&M, a niekiedy w Biedronce czy Auchan, kasjerzy każą mi iść przodem. To bardzo miłe, ale reakcja całej kolejki jest naprawdę nie do przewidzenia: od prychnięć i komentarzy pod nosem po zwykłe olanie. 

W autobusie 
Zazwyczaj, kiedy tylko wchodzę do autobusu, ktoś podskakuje z siedzenia i zaprasza mnie na miejsce siedzące. Czasem wołają mnie nawet z drugiego końca autobusu, na wypadek, gdybym nie zauważyła wolnego miejsca.
Młode dziewczyny często proponują mi, że skasują mi bilet albo coś w tym stylu.

Dla równowagi: wracam obładowana zakupami i staję się zupełnie niewidzialna. Wchodzę do zapchanego autobusu i jeszcze jestem szturchana, żeby się przesunąć. Taranuje mnie babcia i jest zdziwiona, że zwracam jej uwagę. Raz nawet końcówka autobusu rozpoczęła dyskusję dotyczącą mojego brzucha i tego, czy ktoś powinien mi ustąpić - bronił mnie tylko stary Pan, reszta zgodnie uważała, że mój brzuch to mój problem. 
Przy czym, żeby była jasność, ja sobie tylko stałam. 

Na uczelni 
Mówili mi, że na studiach natknę się na dwa typy wykładowców: takich, którzy pójdą mi na rękę i takich, którzy zrobią wszystko, żebym miała pod górkę.

Trafiłam tylko na tych, którzy zupełnie poważnie i naprawdę na serio interesowali się tym jak się czuję. Na roku było nas trzy w stanie błogosławionym i byłyśmy odrobinę faworyzowane - mogłam oddać projekt z opóźnieniem bez żadnych konsekwencji albo indywidualnie zaliczać przedmiot przed sesją, na wypadek, gdyby w trakcie sesji przyszło mi rodzić. Nawet mój promotor był wyrozumiały i nie robił mi problemów z późnym oddawaniem rozdziałów. 

W dziekanacie albo w kolejce na konsultacje zazwyczaj byłam przepuszczana przodem - raz pani profesor zrobiła całej kolejce wykład dotyczący dobrego wychowania, bo nie zapowiadało się na to, że ktoś mnie przepuści. Czasem zdarzało mi się zapytać, czy mogę wejść wcześniej, ale korzystałam z tego przywileju tylko wtedy, gdy naprawdę już cierpiałam. 

W toalecie publicznej 
Kolejna mądrość jaką usłyszałam to to, żeby korzystać z prawa pierwszeństwa w kolejce do toalety. Bo nie wiem czy wiecie, ale kobieta w ciąży ma momenty, w których MUSI, dokładnie tu, teraz i w tej mikrosekundzie opóźnić pęcherz.

Czasem musi to robić częściej, czasem rzadziej, ale prawda jest taka, że musi to zrobić NATYCHMIAST. Na początku pytałam czy kolejka mnie przepuści - kiedy brzuch nie był jeszcze taki duży - ale czasem dosłownie biegłam. Mam nadzieję, że wszyscy wiedzieli priorytet. 

Ale kiedyś zdarzyło mi się tak, że jakaś dziewczyna szarpnęła mnie za rękaw i kazała wrócić do kolejki, bo była przede mną. To było wtedy jak biegłam i w locie poinformowałam ją i całą kolejkę, że to ósmy miesiąc i MUSZĘ, naprawdę muszę. 


Zazwyczaj ludzie się uśmiechają jak mnie widzą - może jest im mnie żal, bo najpierw widać mój brzuch, a potem dopiero mnie. Może słyszą, że sapię jak lokomotywa, albo widzą prędkość, z jaką posuwam się naprzód. Zwykle traktują mnie miło. To znaczy, większość.

Mam wrażenie, że jeszcze nie wszyscy dojrzali do tego, aby spojrzeć na kobietę w ciąży jak na kogoś, kto wykonuje kawał dobrej i ciężkiej roboty. Lepiej - sama, zanim nie stałam się jedną z ciężarówek, przysięgam, NIE WIDZIAŁAM kobiet w ciąży. Teraz jak sobie o tym myślę, to strasznie mi głupio, ale żyję nadzieją, że po prostu żadna nie napatoczyła mi się w autobusie, żebym mogła ustąpić jej miejsca.

Teraz, kiedy wiem już jakie to ciężkie, oficjalnie przysięgam - będę się miała na baczności i zrobię wszystko, żeby ułatwić ciężarnym życie.

PS: Mam wrażenie, że u lekarza kobiety w ciąży tracą priorytet - niby mam prawo wejść bez rejestracji, ale w kolejce do ginekologa na NFZ nie ma już forów. Raz tylko, przy pobieraniu krwi, kiedy kolejka zakręcała za budynek, stary dziadziuś wygłosił przemówienie do wrednej babci i kazał mi bez pytania wchodzić jako pierwsza.
To był niezły pomysł, bo prawie zeszłam - jazda autobusem plus brak śniadania plus mdłości i kto wie, co by tam ze mnie zostało. Albo co by zostało z posadzki.


A jakie historie z kobietą z brzuchem w roli głównej Wam się przytrafiły? 

A po ciąży... Czyli egoistyczne wyzwania na kolejne miesiące

Znacie to piękne powiedzenie, że gdy żona/matka jest szczęśliwa to i mąż/dziecko będzie szczęśliwe? Staram się o tym pamiętać, a przede wszystkim pamiętać o sobie - widzę różnicę w moim podejściu i chęci do czegokolwiek w chwilach, w których jestem zadowolona i w tych, w których jestem przygnieciona obowiązkami, bez momentu dla siebie.



Postawiłam sobie za punkt honoru, że wchodząc w nową rolę - matki, nie zapomnę o tym, że oprócz baru mlecznego na każde zakwilenie, będę też kobietą. I żeby była jasność - spełnioną kobietą.

Czasem się boję, że pieluszki zasłonią mi cały świat i zanim się spod nich wygrzebię będę się poruszać na balkoniku. Powiedziałam już Wysokiemu, że trzeba mnie będzie szturchnąć, jeśli przestanę chodzić po domu w czymkolwiek innym niż w jego bokserkach i koszulce (tak, to w tym momencie najwygodniejsza piżama) i potelepać, jeśli przestanę, dajmy na to, myć zęby.

Boję się, że hormony zrobią mi w środku prawdziwą rewolucję, a ja zamknę się w sobie i przestanę się cieszyć tym czym powinnam, czyli rodziną, a zacznę przyrastać do telewizora, razem z Leonem, niczym rozżalona stara baba. Stąd już prosta droga do depresji. Ach, pani do nas? Zapraszamy, mamy jeszcze jedno wolne miejsce na dnie rozpaczy. 

Jestem podatna na huśtawki hormonalne - kiedyś źle dobrane tabletki zrobiły mi prawdziwą dziurę w czaszce, a ja ocierałam się o stany lekko depresyjne. Nie lubię wracać do tego okresu i nie mam w związku z tym najlepszych wspomnień, ale grunt, że ktoś podsunął mi pomysł, że to być może tabletki sieją takie spustoszenie i powodują mój wewnętrzny ból istnienia. 

Dlatego jestem przygotowana na podobne jazdy tuż po porodzie.
Postanowiłam zadbać o to wcześniej i poinformowałam przyjaciół, że gdybym zaczęła się staczać i przypominać zombie - trzeba będzie interweniować, a przynajmniej zapuścić jakąś solidną motywacyjną pogawędkę. 

W międzyczasie szukam sobie nowych wyzwań, żeby mieć w co brnąć na wypadek złego nastroju.

Bardzo egoistyczne wyzwania na kolejne miesiące
(zebrała i spisała Nadine na potrzeby własne) 

Oprócz tego, że zamierzam szybko zrzucić to co przybrałam przez ostatnie 3/4 roku, planuję pójść krok dalej i w końcu osiągnąć satysfakcjonującą mnie figurę. Podobno karmienie piersią sprzyja chudnięciu, więc jestem na dobrej drodze. 

Drugim moim prywatnym wyzwaniem będzie ogarnięcie szafy - tak jak teraz na to patrzę, to marzę o tym, żeby cała jej zawartość spłonęła i żebym mogła zacząć tworzyć swoją garderobę od samego początku. 

Już naprawdę nie mogę się doczekać, aż będę mogła wyrzucić moje ciążowe-już-przykrótkie koszulki i cały ciążowy arsenał! Patrzę z zazdrością na witryny sklepowe i marzę o spójnej szafie, która będzie wygodna, ładna i funkcjonalna. 

Póki co szukam inspiracji w sieci, w głowie obmyślam mój codzienny uniform, posiłkuję się książką Joasi - Slow Fashion i blogiem Ubieraj się klasycznie. Obiecałam sobie, że nie ruszę z zakupami ciuchowymi do momentu, w którym nie pozbędę się rzeczy, których totalnie nie będę nosić i nie stworzę listy produktów, których potrzebuję.

Z tej okazji powstał Second Hand Nadine, gdzie możecie kupić za grosze ubrania, których nigdy w życiu nie założyłam lub takie, które są w bardzo dobrym i dobrym stanie i mogą się komuś przydać. Ceny są potwornie zaniżone, ale to dlatego, że zależy mi na jak najszybszym wyczyszczeniu przestrzeni, no i bądźmy szczerzy - naprawdę nie mam czasu prasować tych ciuchów do zdjęć! Oprócz ubrań są też książki i gadżety. Właściwie codziennie dorzucam coś nowego. 

Moje trzecie wyzwanie to dokończenie magisterki i na dobre zamknięcie tematu studiów aż do obrony. Nie spinam się tym jakoś specjalnie, bo napisałam już z 70% pracy, ale chciałabym w sierpniu mieć to po prostu z głowy. Miejmy nadzieję, że Babcia Kropka będzie wyrozumiała, kiedy będę stukać u niej na tarasie pracę naukową, no i trzymajmy kciuki, żeby Kropek współpracował. 

Po czwarte: ogarnąć przestrzeń. Strasznie się ekscytuję tym wyzwaniem, bo od sierpnia wchodzimy do właściwie pustego mieszkania, które będziemy mogli zagospodarować według własnego widzimisię. To będzie świetna okazja do ogarnięcia przestrzeni! Zamierzam stworzyć przytulny kącik Kropka w naszej sypialni i wygospodarować miejsce na moje biuro - najpiękniejsze i największe biurko świata już czeka w piwnicy. Nie mogę się tego doczekać! 

No właśnie, a co pracą? W dalszym ciągu zamierzam pracować, tyle, że trochę mniej. Nie wiem jak to wyjdzie w praniu. Na ten moment pracuję na zapas, gdybym w lipcu nie była w stanie się ogarnąć do końca - liczę na to, że w sierpniu osiągniemy już jakąś równowagę. 

Chcę też wyjść na prostą z blogiem - zauważyliście pewnie, że odzywam się bardzo rzadko? Znacznie częściej znajdziecie mnie na instagramie: @bomabycmrucznie. Byłam pewna, że do porodu uda mi się wcielić mój misterny plan w życie i przenieść bloga na WP, ale to by w tym momencie wymagało podcinania sobie żył, dlatego odwlekam temat na moment, w którym stanę na nogi po porodzie.  Trudno, nie można mieć wszystkiego. 

No i przede wszystkim chcę być najlepszą mamą dla mojego dziecka. Ciągle liczę na to, że super moce cudownie na mnie spłynął zaraz po porodzie i instynktownie będzie wiedziała co, z czym, dlaczego i po co. Liczę też na to, że szybko zatrybimy we czwórkę - Ja, PW, Mały Człowiek i Kot. 

Skupienie się na sobie i swoich potrzebach po ciąży to trochę taki wstęp do terapii na samej sobie - chcę czuć się dobrze w swojej skórze, chcę cieszyć się każdym dniem i mieć coś, do czego mogę dążyć. Obawiam się, że powrót na Koniec Świata - na krótko bo na krótko, ale jednak - będzie mocno odczuwalny i dla mnie i Wysokiego. Nie chcę dawać szansy smutkom, żalom i innym płaczom na rozprzestrzenienie się. Chcę umieć się cieszyć nowym rozdziałem.

Jeśli jestem zbyt optymistycznie nastawiona do życia z dzieckiem i wyobrażam sobie nie wiadomo jaką ilość czasu i chęci, proszę, nie sprowadzajcie mnie na ziemię - po prostu napiszcie mi co można zrobić, żeby wszystko zatrybiło.