RCZ: Zdrowy styl życia - jak postawić pierwsze kroki?

Nie mam pojęcia ile razy zaczynałam. Może milion, może dwa miliony, może trochę mniej. W każdym razie każdy mój początek zaczynał się od hurraoptymistycznych zmian. Takich wiecie, nagłych. Nieprzemyślanych. Od dzisiaj nie jem kolacji. Od dzisiaj robię 6 weidera. Tak samo szybko się napalałam na moje zmiany jak wypalałam. 


Nie wiem czy chociaż raz udało mi się wytrwać w moich postanowieniach miesiąc. 

Teraz mam świadomość tego, że nie da się przebiec maratonu bez wcześniejszych treningów, a byłam święcie przekonana, że jestem zdolna nawet nie do takich rzeczy! Wydawało mi się, że łamanie samego siebie to COŚ WIELKIEGO. Że tylko osoby, które potrafią spakować swoją walizkę i jednego dnia przenieść się z pochmurnego Krakowa do Miami na stałe, to osoby silne, takie, które dużo osiągają. Okazało się, że zrywy patriotyczne są tylko dobre na pierwsze pięć minut, a potem prędzej czy później wraca się do oblepionego smogiem Krakowa. 

Zaraz, bo chyba trochę popłynęłam. Spróbuję dojść do sedna: zmiana stylu życia to DUŻA zmiana. I nie warto przyjmować jej na odwal się, tylko dobrze jest się DOBRZE przygotować. Żeby ta zmiana była trwała. I przetrwała dłużej niż miesiąc. No, konkretnie to całe życie. 

Dlatego zapytałam cztery blogerki, jedne mniej, drugie bardziej doświadczone o to jak zacząć. Od czego zacząć zmiany w stronę zdrowego stylu życia, żeby przypadkiem nie zawracać samolotu z połowy drogi na Florydę. 



Skoro jestem już samozwańczym Doktorem Lifestylu to nic nie stoi na przeszkodzie, bym tym razem okrzyknęła się Ekspertem od Minimalistycznego Podejścia do Konsumpcji Słodyczy i Fast Foodów.

Nie będzie tu pieprzenia o silnej woli, motywacji, samozaparciu, koncentracji na celu i innych takich. Nie będę próbowała wywołać w Was poczucia winy. Zamiast tego podrzucę Wam narzędzie, dzięki któremu w końcu skutecznie zredukujecie ilość słodyczy i fast foodów w diecie, a przy okazji zaczniecie pracować nad dobrą relacją z jedzeniem. 

Będąc „na diecie” (jak ja nie cierpię tego określenia!) często czujemy się nieszczęśliwi, stając się więźniami jej reżimu. Ze mną jak z dzieckiem – jako dietetyk i dziewczyna kochająca czekoladę, na własnym przykładzie zapewniam, że tym razem się uda. 

Kochani, ja NIE WOLĘ koktajlu zamiast paczki piegusków tak, jak NIE WOLĘ kurczaka z warzywami zamiast pizzy. Nie wolę. Ale świadomie dokonuję takich, a nie innych wyborów, kierując się tym, co dla mnie ważniejsze. Dojrzałam do decyzji, że zdrowie i zadowolenie na widok odbicia w lustrze jest dla mnie warte więcej niż kolejny wieczór spędzony z paczką chipsów. 

Zrób sobie listę. W kalendarzu. Pamiętniczku. Notatniku. Na swoim blogu. Napisz w Wordzie i przyklej na lodówce, jeśli jesteś wyjątkowo opornym przypadkiem.

Chodzi o listę rzeczy, których powinieneś unikać będąc na redukcji, a jednocześnie listę rzeczy, które na niej zjesz. Tworzymy listę produktów wyskokowych na najbliższy miesiąc. Takich, które nijak mają się do założeń zdrowej, zbilansowanej diety, ale takich, na które będziemy mieć ochotę, zjedzenie ich poprawi nam humor (a nawet jeśli nie to niezjedzenie ich na pewno by humor popsuło!). Jeśli nie mówimy o patologicznej otyłości, stanach chorobowych, czy okresie przygotowań do zawodów a po prostu o „kilku kilogramach do zrzucenia” to na pewno żadna krzywda się nie stanie, a dobre samopoczucie pozwoli na wytrwanie w postanowieniach.

Postaraj się przygotować jak najbardziej precyzyjną listę 6 produktów/dań, które zjesz na przestrzeni miesiąca. Każdą zjedzoną rzecz – wykreślaj! Szansa na zjedzenie jej w najbliższym miesiącu przepada bezpowrotnie. Tylko od Ciebie zależy czy zjesz je wszystkie w pierwszym tygodniu, w ostatnim czy regularnie co 5 dni. Liczbę produktów/dań na liście możesz dowolnie modyfikować – jeśli teraz słodycze czy śmieciowe żarcie są elementem Twojej codzienności to ograniczenie ich do listy 15 wyskoków już będzie sukcesem.

Biegiem do pamiętniczka i notować! 
To cześć! Mam nadzieję, że widzimy się u mnie!


Zdrowe odżywianie zaczyna się od... zdrowych zakupów

Po co najczęściej sięgasz do jedzenia? Po produkty, które znajdują się w Twoim zasięgu, a to, co znajduje się w lodówce zależy wyłącznie od Ciebie i od tego, co wkładasz do zakupowego koszyka, prawda? 

Oczywiście zmiany zaczynają się w głowie i to od nastawienia w ogromnym stopniu zależy nasz sukces, ale z mojego doświadczenia wynika, że wystarczy zacząć od małych zmian, a pojawią się efekty nie tylko wizualne, ale także lepsze samopoczucie, poprawa cery, większa dawka energii każdego dnia. To motywuje do dalszych zmian i większego zaangażowania się. A im większe zaangażowanie, tym lepsze efekty i jeszcze więcej pozytywnej energii! 

Jestem trenerem ćwiczeń siłowych i to właśnie ten rodzaj treningu polecam całym sercem (TAK! Dziewczyny, super pośladki nie biorą się od 250 suchych przysiadów dziennie), jednak wiem, że przekonanie się do niego wymaga odrobiny czasu, bo kiedy już zaczniesz to tak samo, jak w przypadku odżywiania efekty motywują i chce się jeszcze! 

Zaczynać jednak można od krótkich treningów, które przygotują nasze ciało do większego wysiłku i najważniejsze - odpoczynek jest tak samo ważny, jak treningi i nie warto porywać się z motyką na Słońce, bo o kontuzję bardzo łatwo, a z powrotem do aktywności może być już trochę gorzej...


Kiedy moi bliscy i znajomi pierwszy raz usłyszeli, że trenuję, byli naprawdę zaskoczeni. Ciągle dopytywali „Ale naprawdę? Ola ćwiczy? Nie wierzę!”. I nie dziwie im się ani trochę. Jeszcze kilka lat temu sama nie pomyślałabym, że ktoś sprawi, że tak bardzo pokocham sport. 

W czwartej klasie podstawowej, po dwóch operacjach na oczy i rocznej przerwie w ćwiczeniu na w-fie, okazało się, że nie potrafię nawet zrobić przewrotów. To była dla mnie totalna klęska. Przed operacjami uwielbiałam ćwiczyć, kochałam gimnastykę i myślałam nawet, żeby rozwijać się w tym kierunku. Na dodatek niewiele później okazało się, że panicznie boję się piłek. Ukrywałam się przed nimi za każdym razem, kiedy leciały w moją stronę. Gra w zbijaka czy siatkówka były dla mnie koszmarem. 

Rówieśnicy się ze mnie śmiali, a ja mam wrażenie, że w tamtym okresie wiecznie płakałam. Z każdym rokiem było coraz gorzej. W gimnazjum zakończyłam w-f z piątką na świadectwie tylko ze względu na to, że byłam aktywna i naprawdę się starałam. Jednak w liceum już zabrakło mi siły. Miałam dość. Wszyscy doskonale wiedzieli z jakiego powodu wzięłam zwolnienie, ale nikt nie czepiał się mnie o to, bo praktycznie każdy robił to samo - najczęściej po prostu z lenistwa. 

Zamierzałam ćwiczyć w domu, lecz ciągle brakowało mi czasu. A raczej tak sobie wmawiałam. Siedziałam godzinami przed komputerem, w weekendy spałam do południa – taki był ze mnie zajęty człowiek. A brzuch i boczki zaczęły mi rosnąć. Z jednej strony to było dla mnie dobre, bo przed liceum miałam jeszcze większą niedowagę niż teraz. 

Kiedy przeprowadziłam się do Warszawy mam wrażenie, że przestałam zwracać uwagę na swój wygląd zewnętrzny. Skupiłam się na nauce i na pracy. Byłam niezależną kobietą, która nie potrzebowała żadnego mężczyzny obok. Chciałam skupić się na swoim rozwoju. Ale jak to się mówi? „Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, powiedz mu o swoich planach”...

Niedługo później w moim życiu pojawił się Paweł. Uwierzycie jeśli powiem, że związałam się z mężczyzną, który dwanaście lat był zawodowym lekkoatletą i kochał sport tak bardzo, że mógł rozmawiać o nim godzinami? Sama nie pojmowałam dlaczego tak bardzo zwróciłam na Niego uwagę i to właśnie kiedy opowiadał drugiej osobie o swojej największej pasji. Teraz już wiem. To on miał sprawić, żebym na nowo pokochała sport.

Paweł nie interesuje się piłkami, więc nie muszę obawiać się, że jakaś mnie uderzy w głowę. Paweł biegał i skakał przez przeszkody. Ze skakaniem jest u mnie ciężko, ale biec mogę z nim na koniec świata. Czy istnieje większa motywacja od treningów z ukochaną osobą? Przyznaję, na początku byłam sfrustrowana, kiedy On biegał szybciej i dłużej ode mnie. Ja łapałam zadyszkę, a on wyglądał jakby przeszedł się spacerkiem. Jednak to On pokazał mi ile radość płynie ze zdrowego stylu życia. To dzięki niemu zainteresowałam się Ewą Chodakowską, zaczęłam pogłębiać wiedzę na temat zdrowego odżywiania, wreszcie poznałam Anielę z Fitdevangel, która zaraziła mnie swoją miłością do treningów siłowych.

Jestem Zosią Samosią, chcę robić wszystko sama i sama też potrafię się motywować. Jednak w przypadku sportu potrzebowałam osoby, która pokaże mi, że nawet w tej dziedzinie muszę po prostu odkryć swoją perełkę. Nie muszę być świetna w siatkówce, nie muszę robić przewrotów. Najważniejsze, żebym robiła to co sprawia mi frajdę, a jednocześnie sprawi, że będę czuła się świetnie i na dodatek wyglądała zniewalająco i ZDROWO!

A jak wprowadzić zdrowy styl życia, żeby się nie zniechęcić? 

Po pierwsze – nie wmawiaj sobie głupot, że to wiąże się z dietą i ograniczeniami! Żadnej diety nie ma, jest tylko zdrowe odżywianie! Tu nie chodzi o eliminacje, a jedynie wprowadzenie w swój jadłospis zdrowych zamienników. To wcale nie jest takie trudne jak Ci się wydaje.

Nie popadaj w paranoję! Warto mieć rozeznanie ile jesz białka czy węglowodanów, ale nie zapisuj skrupulatnie każdego zjedzonego posiłku, bo wtedy bardziej się zniechęcisz, a posiłki przestaną sprawiać Ci radość i przyjemność. Wiem, że niektórzy prowadzą takie zapiski, Ty też możesz, oczywiście, ale pamiętaj – nic na przymus! A jeśli znajomy zaprasza Cię na ciastko i masz na nie ochotę... nie musisz sobie go odmawiać! Każdy może pozwolić sobie na odrobinę zapomnienia. Chyba, że jest zawodowcem tak jak Aniela i wprowadzasz w swoje życie restrykcyjną, twardą dietę – ale tylko w takich przypadkach! 

Zrób swoją własną motywacyjną tapetę. Wszyscy zachwycają się moją, którą stworzyłam ze zdjęć, które mnie inspirują i napędzają do działania. To naprawdę pomaga. I to nie tylko jeśli chodzi o zdrowy tryb życia, ale również w przypadku samorozwoju. 

Pamiętaj o odpoczynku. Trzy dni treningów każdy po 30 minut naprawdę na początku wystarczy! Nie ma sensu przemęczać swojego organizmu, bo to już przestaje być zdrowe. 

Urozmaicaj! Bieganie, fitness, siłownia, rolki... Jest naprawdę wiele możliwości. Twój trening nie musi za każdym razem wyglądać tak samo. Pobudź swoją kreatywność, a trening niech stanie się dla Ciebie zabawą... tak samo jak i posiłki! Próbuj nowych potraw albo warzyw. Ja od momentu poznania Pawła wreszcie spróbowałam między innymi bobu, szpinaku, brokułów, halibuta, łososia i tuńczyka! Do tego warto poznać taką potrawę, na którą będziesz reagować jak na kotleta schabowego z mizerią u mamy! U mnie jest nią makaron z kurczakiem, szpinakiem i pomidorkami. W wykonaniu Pawła jest mistrzowska! Palce lizać! (To już takie danie popisowe mojego narzeczonego.)

Zdrowy styl życia wiąże się z radością, zabawą, dobrym samopoczuciem, brakiem problemów zdrowotnych i z mnóstwem innych pozytywnych aspektów! Naprawdę polecam. Spróbuj, a na pewno się nie zawiedziesz!



... od czego zacząć wprowadzanie zdrowego stylu życia? 

Na pewno nie od rzucania się na głęboką wodę. Zmiana nawyków z dnia na dzień udaje się może 1 % ludzi na tym świecie, bo jest to po prostu trudne. Lepiej zacząć powoli i stopniowo – wtedy jest łatwiej i przyjemniej. 

Kilka rad ode mnie:
1. Musisz zrozumieć, że zdrowy styl życia to nie dieta albo coś, co będzie trwało miesiąc. Zmieniasz styl życia, bo chcesz żyć zdrowo i być zdrowym. Na zawsze. Dlatego nie ma sensu np. katowanie się owsianką codziennie rano, jeśli Ty nie lubisz owsianki, albo bieganie, jeśli ty nie lubisz biegania. Dopasuj puzzle tak, żeby robić to, co lubisz, ale robić to zdrowo.
2. Zacznij się ruszać. Od razu. Na początku około 4 razy w ciągu tygodnia. Spróbuj znaleźć ruch, który ci się podoba: jedni wolą ćwiczyć z Ewą Chodakowską, drudzy biegać, trzeci tańczyć. Jeżeli podobają ci się ćwiczenia, ale nie wiesz do końca, jak to wszystko się robi, dobrym pomysłem jest kupienie próbnego karnetu na siłowni – np. na 3 miesiące i chodzenie na zajęcia fitness. Zobaczysz, z czym to się je.
3. W kuchni zacznij od małych zmian. Zamień białe na brązowe: razowy chleb, razowy lub żytni makaron i mąka, brązowy ryż. Wprowadź do menu kasze.
4. Dodaj jedno warzywo do każdego dania w środku dnia. Mało, a zmieni dużo. Naprawdę dużo.
5. Przy biurku miej butelkę z wodą i pij małymi łyczkami przez cały dzień.
6. Szukaj inspiracji na fitblogach – często znajdziesz tam ciekawe przepisy i ćwiczenia, które pomogą ci zostać zmotywowanym.
7. Pamiętaj, że robisz to  DLA SIEBIE. Nie dla płaskiego brzucha. Nie dlatego, że wszyscy to robią. Robisz to, bo nie chcesz w wieku 50 lat wyglądać na 80, mieć zapchane tętnice, chore serce, problemy z nogami, większe prawdopodobieństwo zachorowania na raka lub jakąś paskudną chorobę. 

Jeżeli nie zadbasz o zdrowie teraz, to cóż – potem może być już troszkę za późno. A jeśli nie za późno – to dużo trudniej.

Od siebie dodam tylko, że dobrze jest poszukać wsparcia: w mężu, chłopaku, przyjaciółce albo w mamie. Od biedy fora internetowe albo zrzeszenia na fejskubu też się nadadzą. 
Czasem po prostu dobrze jest nadstawić tyłek, żeby ktoś mógł Cię porządnie skopać. 

Teraz Wasza kolej: Jak zacząć? Podzielcie się doświadczeniem i pomysłami! 

3 zasady, które zmienią Twoje życie

Myślicie, że przesadziłam? 

Hej, Nadine, opanuj się. jeśli człowiek sam siebie nie kopnie w tyłek, albo ktoś z zewnątrz nie zepchnie go z przepaści to raczej ciężko mu będzie zmienić cokolwiek, a Ty tu rzucasz takimi złotymi mądrościami. Jakieś zasady, pff. 

Wiecie co? Zanim nie zaczęłam zastanawiać się nad tym jak to jest do jasnej anielki z tym szczęściem, do głowy mi nie przyszło, że można zrobić ze swoim życiem niesamowite rzeczy. Szczerze powiedziawszy, zanim zaczęłam grzebać po działach rozwoju osobistego, motywacji, i w końcu magicznych księgach o podświadomości, byłam święcie przekonana, że mam zapisany jakiś-tam scenariusz na siebie i w sumie niewiele mam do gadania. Brzmi jak w epoce kamienia łupanego, co? 


Niestety dopiero w liceum dowiedziałam się, że mogę nad sobą pracować i robić różne fajne i przede wszystkim duże rzeczy i, że jeśli nie wiem, że czegoś nie da się zrobić, to to zrobię. Być może mieliście trochę więcej szczęścia ode mnie i wpadliście na to trochę wcześniej, bo ja spokojnie zawaliłam 15 lat swojego życia na bujanie się na hamaku. Żyłam w świecie, w którym ludzie dzielili się na 3 grupy: tych, którzy harują i niewiele mają, tych, którzy próbują i nic nie mają oraz tych, którzy mają szczęście i przede wszystkim plecy - oni z kolei mają wszystko. 

Poniżej pokażę Wam trzy zasady, które w jakiś sposób zmieniły moje życie, a przede wszystkim zmieniły NASTAWIENIE do porażek i ciężkiej pracy. 


ZASADA 1 
Miej wyrąbane a będzie Ci dane 
Ta zasada w oryginale brzmi trochę inaczej (bardziej, hm, dosadnie), ale chodzi w niej mniej więcej o to, że jeśli nie tracisz nerwów i energii na rzeczy, na które nie warto ich i jej tracić, to wtedy wszystko idzie po Twojej myśli. 

Nie ma sensu starać się utrzymywać kontrolę nad rzeczami, nad którymi po prostu nie można jej mieć. Nie ma sensu się zamartwiać i snuć czarnych scenariuszy. Pozytywne myślenie, olewanie spraw, którymi nie warto się przejmować, i możecie mi wierzyć, wszystko idzie gładko

Mam kilka osób w bliskim kręgu, które całe życie jadą na tej zasadzie i w tym momencie są tak wysoko, że już nie widzę jak mi machają. Oni po prostu słuchają siebie, instynktownie wiedzą co robić i nie wpisują się w sztywne ramy. Po prostu: skup się tylko na tym na co masz wpływ, nie dopuszczaj do siebie negatywnych myśli i wciśnij gaz! 

Jeśli o mnie chodzi, to ciągle się jej uczę. Nie jest łatwo. 
Ale polecam z całego serca. 

ZASADA 2 
Masz wpływ na to co się dzieje 
A konkretnie: Twoje myśli mają na to wpływ. Naprawdę, naprawdę duży. Jesteśmy nauczeni, że można uwierzyć tylko w to co się zobaczy, dotknie i to co się usłyszy, a tak naprawdę żyjemy w świecie, gdzie o wszystkich powodzeniach i niepowodzeniach decydują myśli. Podświadomość to potężna broń. 

To dzięki myślom możemy zmieniać nasze odczucia, emocje i totalnie zmieniać nastawienie. To one decydują, czy dzień będzie dobry, czy niekoniecznie. Nie zagracając swojej głowy zbędnymi myślami i troskami i (błagam, oby nie) czarnymi scenariuszami, jesteśmy w stanie wieść szczęśliwe i spokojne życie. 

Harmonia i takie tam. 

Z resztą - sami zobaczcie. Kiedy macie negatywne myśli, nagle wszystko jest, za przeproszeniem, do dupy i nie ma opcji, żeby ten stan rzeczy się zmienił. Chyba, że stanie się coś, co sprawi, że zaczniecie myśleć inaczej. Wtedy dzieją mniejsze i większe cuda. 


ZASADA 3 
80/20, czyli Pareto 
Tłukli mi to do głowy przez całe studia i chociaż na początku wydawało mi się to co najmniej dziwne, tak teraz wiem, że faktycznie działa. W zasadzie Pareto chodzi o odpowiednie wykorzystanie czasu: o to, że 20% naszych działań daje 80% efektów. Czyli pracując przez 10 godzin, tak naprawdę przez dwie odwalasz robotę za cały dzień. Przerażające, prawda? Problem tkwi w tym, żeby odpowiedzieć sobie na pytanie: gdzie znajduje się to 20%? 

Te proporcje nie odnoszą się tylko do czasu pracy. Na przykład: tylko 20% moich postów przyciągnęło 80% czytelników. 20% słownictwa wystarczy, aby móc czytać ze zrozumieniem 80% książek. 20% ubrań nosimy przez 80% czasu. 

Chociaż oczywiście nie należy traktować tego jako żelaznych ram - mogą się one różnić: 25 % do 75%, 40% do 60%... trzeba tylko wiedzieć, że nigdy, ale to przenigdy, 100% nakładów nie da 100% efektów. Do czego zmierzam? Warto skupić się na rzeczach które dają najlepsze rezultaty i wyeliminować to co zbędne. 


A jak jest u Was? Macie jakieś "zasady", które - jeśli nie ratują życia - to chociaż podnoszą jego jakość? 

W ostatnim odcinku... #7

To niesamowite jak w ciągu miesiąca wszystko może się zmienić. 
Jeszcze kilka tygodniu temu zastanawiałam się na czym miałby polegać mój 2015 rok i w ciągu kolejnych dni zdążyłam opracować szczegółowy plan działania. Chciałam skupić się w pełni na sobie, mieć egoistyczne 12 miesięcy i w grudniu przyszłego roku z dumą powiedzieć, że udało mi się ten plan zrealizować. 


Chciałam mieć rok pod kontrolą. Taki, w którym zapanuję nad chaosem w moim życiu, nad moją nieregularną aktywnością fizyczną, średnio-zdrową dietą i wyglądem zewnętrznym. Chciałam zrobić całoroczne wyzwanie,z którego być może też moglibyście skorzystać. Planowałam schudnąć i wymodelować ciało. Już wybrałam siłownie i zajęcia taneczne, obiecałam sobie, że w ciągu roku wyklaruje się moja sytuacja zawodowa i uregulują się finanse. I, że ekspresem napiszę magisterkę, żeby potem móc pracować z wolną głową nad moją nową powieścią. 

Czułam, że jeśli w moim życiu nie wydarzy się coś dużego, coś co wywróci wszystko do góry nogami, to oszaleję. Nie sądziłam, że cokolwiek mogłoby się zadziać, wiec postanowiłam całą swoją energię przeznaczyć na działanie w jednym kierunku. Dlatego znalazłam sobie cel, rozpisałam go na czynniki pierwsze i... wszystko diabli wzięli

Mówi się, że jeśli czegoś się naprawdę pragnie, to prędzej czy później staje się to rzeczywistością. Najwyraźniej częściej niż mi się wydawało prosiłam o przejażdżkę kolejką roller coaster. Od kilku miesięcy budziłam się ze świadomością, że jeśli coś się nie zmieni to dostanę szału, a potem przy kawie zastanawiałam się czy to tylko cisza przed burzą, czy może po prostu z zasady życie w wieku 23 lat jest takie nudne i mało porywające. 

No to teraz mam.  

Naprawdę, chciałabym Wam o tym napisać, ale wszystko ma swoją kolej. Już zabierałam się do tego milion razy, ale ciągle czułam, że jest za wcześnie. Jeszcze chwila, jeszcze momencik... 

W każdym razie, mój rok 2015 będzie wyglądał jak huragan. 
Jestem przerażona ale i podekscytowana. Właściwie to szczęśliwa. 

No dobra, boję się. Naprawdę bardzo się boję. 

Baza do zupy krem - PRZEPIS

Zupa krem to najłatwiejsza i najprzyjemniejsza rzecz w kuchni.

I mówię to ja - ta, która w kuchni zdecydowanie woli piec, a zupy to ostatnia rzecz, której się tykała jeszcze kilka miesięcy temu. A okazało się, że wystarczy zrobić ekspresową bazę pod zupę, dodać wybrany składnik, a potem zmiksować całość. Ta-dam!


(Na zdjęciu: krem dyniowy)

Jeśli więc zupy kremy są dla Was czarną magią to przybywam z pomocą! Zdradzę Wam przepis na niezawodną bazę do zup. Pewnie nie odkryłam ameryki, ale co tam. Może ktoś jeszcze błądzi po kremowych zupach i nie ma pojęcia z której strony to ugryźć..? 

Wszystkie zupy gotuję na kostkach rosołowych. Wiem, wiem, powinni mnie za to zamknąć, ale niestety w tej kwestii jestem jeszcze kompletnym laikiem i niestety wszystkie zupy gotowane bez dodatku glutaminianu sodu są w moim przypadku niewypałem. Jeśli macie jakiś sekretny składnik, który zastąpi kostki rosołowe, to koniecznie dajcie mi znać! Chętnie poprawię to i owo, tym bardziej, że staram się zwracać teraz szczególną uwagę na to co jem. 

Robię wywar z kostek rosołowych i warzyw. Próbowałam robić zupy jednoskładnikowe, ale smakują dużo lepiej, kiedy w środku znajdzie się jeszcze kilka innych warzyw ekstra. Dlatego do kostki rosołowej dorzucam marchewkę, pietruszkę i seler. Czasem dorzucam jedno skrzydełko z kurczaka i robię lekki rosół, jeśli ma być to coś bardziej treściwego, ale nie jest to punkt obowiązkowy. Oczywiście im więcej warzyw tym lepiej, ale już symboliczna marchewka i symboliczna pietruszka robią robotę. 

Sekretnym składnikiem bazy pod zupę krem jest... ziemniak. Nie wymyśliłam tego sama, zostałam oświecona. Ziemniak sprawia, że zupa jest bardziej kremowa. I nie, odpowiadając na Wasze pytania, nie czuć go. Drugi sekretny składnik to czosnek - wyciskam ząbek albo dwa do ugotowanego wywaru, w chwili, kiedy dorzucam bazowe warzywo do zupy. 

Ale od początku. 
Obieram warzywa (marchewka, pietruszka, kawałek selera, przynajmniej po jednej sztuce), zalewam zimną wodą. Dorzucam kostki rosołowe ( jedną na pół litra wody) i obranego ziemniaka. Gotuję całość do momentu, aż warzywa zmiękną. Wtedy dorzucam czosnek przeciśnięty przez praskę i warzywo bazowe
Najczęściej gotuję brokułową, dyniową, porową, marchewkową, czy pieczarkową.

Warzywa kroję i dorzucam do gotującego się na małym ogniu wywaru. Kiedy zmiękną, wyłączam zupę i wyciągam narzędzie mocy - blender ręczny. (Edit: jeśli gotuję zupę na skrzydełku kurczaka, to skrzydełka nie miksuję, żeby była jasność). 

Niestety nie mam miarki w oczach i nigdy nie wiem czy wywaru nie jest za dużo (i krem będzie mało "kremowy"), dlatego zanim zabiorę się do miksowania odlewam dwie, trzy szklanki bulionu. Potem blenduję zawartość garnka i sprawdzam konsystencję. Kiedy zupa jest zbyt gęsta - dolewam bulionu. 

Zupę-krem doprawiam dopiero po tym, jak już stanie się kremem. Pieprzem, ziołami, chili...

Krem podaję z grzankami, świeżą bagietką albo groszkiem ptysiowym. Dobrze też smakuje z ryżem czy kaszą jaglaną. 

To chyba będzie wszystko, smacznego! 


Jakie są Wasze ulubione zupy-kremy? Macie swoje tajne składniki?