Drużyna.

Myślę o naszej rodzinie jak o drużynie.

Wiecie, wchodzenie w związek już na pierwszy rzut oka wydaje się być skomplikowane. W końcu okazuje się, że swoje nawyki i przyzwyczajenia trzeba podzielić przez pół i dostosować do drugiej osoby. Trzeba ją poznać, trzeba dać siebie poznać i trzeba stworzyć wspólny świat zupełnie dwóch różnych postaci. Związek musi się dotrzeć, dopasować, wygiąć trochę w prawo, uszczerbić po lewej stronie i tak wyżłobić sobie korytko, żeby dwie części pasowały jak ulał.

Rozmawiałam ostatnio z Panem Wysokim, że całe półtora roku zajęło nam dopasowanie się na płaszczyźnie wspólnego mieszkania. Zanim zawartość lodówki nie była skierowana dla dwóch zupełnie różnych osób, tylko dla pary. Zanim przestaliśmy na siebie warczeć o krzywo powieszone ręczniki, o zły kubek do kawy i zbyt rzadką częstotliwość odkurzania. Trochę minęło, zanim ustaliliśmy zasady panujące w naszym domu – musieliśmy przecież skonfrontować zasady, które wyniosłam od siebie i te, które zabrał ze swojego domu Pan Wysoki. Kilka tygodni temu, zupełnie przypadkiem zauważyłam, że zostawiliśmy „moje” i „jego” i stworzyliśmy nasze: naszą własną i przede wszystkim wspólną (!) listę zakupów spożywczych, nasze wspólne przyjemności, nasze rytuały i tradycje oraz formy spędzania czasu. Wcześniej jakoś nie zwróciłam na to uwagi, bo i nie było KIEDY.

Budowanie związku wymaga czasu i cierpliwości, a ta z kolei lubi się kończyć bardzo szybko. Z biegiem czasu jednak jej zapasy budują się do takich rozmiarów, że rzeczy, które potrafiły wytrącić z równowagi, już nie robią takiego wrażenia. Zdecydowanie czas działa na korzyść każdej pary! No tak, ale… prędzej czy później zmienia się też skład domowników.

Bo pojawia się dziecko.

Choćby nie wiem jak mocno dopasowana była para, to do dwóch osób, które poświęciły wiele miesięcy na łączenie swoich widzi-mi-się, dołącza kolejna. Ciężko bazować na tym, co wypracowało się w duecie, w momencie, kiedy robi się trójkąt: do duetu dołącza przecież nowy człowiek. Nowa postać, nowy domownik, OSOBA, co więcej, osoba z charakterem i swoimi upodobaniami. Co się wtedy dzieje? Zaczynamy od nowa. Porządek trzeba przebudować. Drużynę trzeba założyć.

To zupełnie normalne, że nagle coś nie trybi. Że wiele tygodni upłynie, zanim drużyna zacznie działać, zanim przestaniesz wydzierać się na partnera o nic i zanim on nie straci cierpliwości bo usnęłaś przy trzecim słowie, które ze sobą zamieniliście. Rodzicielstwo to budowanie zupełnie czegoś nowego – w końcu tworzymy trójkąt. To nie dziecko ma się wkupić w nasz duet, ale to my mamy stworzyć drużynę.

Wiecie, i jednym przychodzi to łatwiej. Nie muszą wspólnie przechodzić przez tornado, żeby posklejać nowe życie do kupy. Inni z kolei potrzebują wiele „przepracowanych” wieczorów, wiele rozmów i przemyśleń, aby ulepić z nowej sytuacji wspólne życie.

W rodzicielstwie najważniejsza jest drużyna. A dobra drużyna potrzebuje częstych „treningów”, musi mieć wolę walki i wspólny cel. Dobra drużyna musi mieć wspólny okrzyk i gest pocieszenia. No i do drużyny trzeba chcieć należeć, a nie „musieć”.

Tak sobie myślę.

O mnie: Zobacz wszystkie posty Strona autora

Nadine Lu

24 latka z Końca Świata. Młoda Mama, świeża Żona Pana Wysokiego, Blogerka, przyszła autorka bestsellerów.

  • Fajnie należeć do Twojej drużyny

  • Dobrze powiedziane! Rzeczywiście związek i rodzina są jak drużyna: pracują na wspólny sukces i nie ma tu miejsca na „każdy sobie rzepkę skrobie” 🙂 I tak jak drużynie potrzeba paru wyjazdów integracyjnych, żeby się zgrać, tak rodzina potrzebuje trochę czasu na dotarcie się. Zwłaszcza że najmłodsi jej członkowie nie bardzo umieją grać fair 😉

UA-36089368-1