Na początku września, kiedy słońce opalało ramiona okryte jedynie ramiączkami spaghetti, a mój Syn taplał się radośnie w basenie w ogrodzie moich rodziców, pomyślałam, że byłoby super, gdybym JUŻ zajęła się garderobą na kolejny sezon, jesienno-zimowy. Przynajmniej w teorii. Żebym tylko przejrzała co w trawie piszczy, żebym zobaczyła co padło śmiercią naturalną eksploatowane przez capsule wardrobe. Przy jednej z ciepłych kaw na balkonie, kiedy nadal było cieplej niż w lipcu, spisałam kilka swoich życzeń na kolejną odsłonę swojej szafy i… to tyle.

Za nic w świecie nie mogłam się zabrać za porządki z prawdziwego zdarzenia.

A potem, po typowo letnim tygodniu spadł deszcz, zrobiło się przeraźliwie zimno, a ja wystąpiłam w sandałach, krótkich spodenkach i bluzie mojego Męża. Pomyślałam wtedy, że powinien być ustawowo oznaczony dzień, w którym zawijamy letni kram i wyciągamy swetry. No a potem popukałam się w czoło, bo przecież mogłam to zrobić już dawno temu, a nie w ostatnim tygodniu września.

W ogóle, myśli o zmianie garderoby pojawiły się wraz z dziewiątym miesiącem w roku nie dlatego, że jestem taka uporządkowana i z zegarkiem w ręku. Wyciągając po raz kolejny te same ubrania z szafy, zakładając naprzemiennie trzy sukienki i wirując pomiędzy sześcioma bluzkami, robiło mi się już mdło i zdecydowanie potrzebowałam czegoś nowego. To typowa babska potrzeba – coś nowego, co można na siebie założyć. Zamiast robić szybki przegląd sieci i na oślep wrzucać do koszyka coś, co mi się podoba, zaciskałam zęby i wychodziłam ze strony klikając krzyżyk. Robiłam tak, bo wiedziałam, że jeśli będę uzupełniać moją garderobę z pamięci to skończy się to tak jak zawsze, a uzupełnianie listy ubraniowej na lato to bezsens, bo nadal walczę z kilogramami. Cierpliwie czekałam na moment, w którym będę mogła puścić wodze fantazji i poszaleć w sklepach. Niemalże stukałam palcami ze zniecierpliwienia, a kiedy ten moment nastąpił… przytłoczył mnie ogrom prac, który trzeba wykonać, aby ogarnąć szafę z sensem, a nie tylko upchać to, czego nie chcę, gdzieś do pudła. Zmotywowana tym, że moje ciuchy są zbyt cienkie na panującą aurę i tym, że Pan Wysoki zarządził dzień Ojca z Synem  i jeszcze tym, że naprawdę chciałabym sobie kupić coś nowego, wzięłam się do pracy. Ale zanim opowiem Wam o tym jak bezboleśnie przeszłam przez wszystkie etapy transformowania szafy na kolejny sezon, przyda się trochę wniosków po kapsułkowej szafie na lato.

wieszaki

Capsule Wardrobe

moje wnioski po sezonie letnim

W dużym skrócie: przemyślałam swoje potrzeby, swój aktualny, nieco domowy i mocno macierzyński styl życia oraz to, w jakich kolorach wyglądam korzystnie. Podzieliłam wszystkie ubrania na dwa sezony: wiosna-lato i jesień-zima, a potem wyczyściłam sezon, który wtedy obowiązywał z rzeczy, które były zniszczone (kosz), które przestały mi się podobać i były za małe bądź z duże (oddałam i sprzedałam) (dobra, przyznaję się, kilka za małych rzeczy zostawiłam w oczekiwaniu na lepszą figurę). Było słoneczne lato, więc darowałam sobie uzupełnianie rzeczy wiosennych i skupiłam się na dokupieniu braków typowo letnich – sukienka, ze dwie koszulki, spodenki i spodnie.

O moich przemyśleniach związanych z garderobą w kapsułce możecie przeczytać tutaj – opisałam dokładnie projekt capsule wardrobe, który wprowadziłam do swojego życia.

Przyznaję, nie liczyłam elementów. Teraz, robiąc w głowie przegląd ciuchów, ostatecznie na lato (przypominam, samo lato) wyklarowało się:

  • 4 sukienki (jedną pożegnałam) 
  • 6 koszulek (ramiączka + krótkie rękawy) (3 pożegnałam) 
  • 2 bluzki z długim rękawem
  • 2 koszule dżinsowe (jedna do odstrzału)
  • 3 narzutki (cienki sweter, żakiet, narzutka)
  • jedna długa spódnica
  • 3 pary spodni (2 pary pożegnałam)
  • 2 pary spodni „piżamowych”, czyli niby dresy, a jednak nie – chodziłam w nich głownie po domu
  • 3 pary krótkich spodenek
  • 3 pary sandałów i trampki (płaskie, koturny i wysokie)
  • 2 torebki

Hm, wyszło mi 32 elementy. Czy to była wystarczająca liczba? Jeśli mam być szczera, to momentami brakowało mi ubrań. Jeśli przegapiłam jakieś pranie to traciłam możliwości wyboru i byłam skazywana na resztki, które zostały w szafie. Mała ilość ubrań to też częstsze wyciąganie żelazka. Lubię prasować, ale zwykle robiłam to raz, no maksymalnie dwa razy w miesiącu i zwykle wtedy gdy Wysokiemu zaczynało brakować koszulek, a teraz… w zasadzie najlepiej by było, gdybym wyciągała żelazko po każdym ciemnym praniu, a to już jest frustrujące.

ubrania-capsule-wardrobe

Z drugiej strony, niewielka ilość ubrań sprawiła, że nie miałam problemu z codziennym wybieraniem „stroju dnia”. Wszystko, albo prawie wszystko do siebie pasowało, wystarczyło tylko wciągnąć na siebie jakąś górę, dorzucić pierwszy lepszy dół i to tyle. To duży komfort porzucić jedną z porannych zagwozdek. Potem pojawiła się ogromna potrzeba kupienia czegoś nowego, pobuszowania po sklepach, znalezienia jakiejś perełki i… i naprawdę odetchnęłam z ulgą, że zaraz pochowam letnie rzeczy i wyciągnę swetry. Chyba jednak podział na cztery sezony ma sens – jeśli co trzy miesiące miałabym kompletnie inną garderobę to raczej nie miałaby prawa się znudzić.

Coś, czego właśnie się obawiałam w capsule wardrobe to… nuda. I nawet nie chodzi tutaj o wyczekiwanie kolejnego rzutu ubrań, ale o osiągnięcie momentu, w którym „szafa idealna” jest już pełna i nie ma sensu dorzucać do niej kolejnych elementów. Na szczęście okazało się, że to bezpodstawny strach (Boże, wyobraźcie sobie, mieć szafę składająca się z iluś-tam rzeczy i chodzić w  nich non stop – co roku wkładać na siebie te same sukienki i żadnej innej, te same buty i żadnych innych i nosić rzeczy w tej samej torebce, i tak prze wiele, wiele lat? Masakra!), bo rzeczy się zużywają. Jedna wolniej, drugie szybciej, ale nie sądzę, żeby trafił się sezon do którego NIE MUSZĘ nic dokupować. A wiecie, jednak nowa rzecz to nowa rzecz i powiew świeżości w szafie. Mam rację?

Z szafą w kapsułce jest też ten problem, że jej budowanie trwa. Naprawdę ciężko jest znaleźć wszystkie wymyślone przez siebie rzeczy, a nawet jeśli się uda, istnieje duże prawdopodobieństwo, że przekraczają one założony budżet. Jednocześnie to spora satysfakcja i dawkowanie przyjemności, ale zdecydowanie dla osób cierpliwych. No właśnie – Ci, którzy chcą mieć wszystko na już i teraz nie koniecznie odnajdą się w szafie kapsułkowej. Wiem co mówię, bo bardzo długo ćwiczyłam cierpliwość.

Przede mną drugi sezon, jesienno-zimowy. Wyciągnęłam wszystkie rzeczy z pudeł na szafie i przebrałam. Podzieliłam na te, w których będę chodzić i na te, które chcę oddać/sprzedać. Te z pozytywnym wynikiem poszły do prania. Przesortowałam szaliki, chusty i kominy, czapki, rękawiczki, kurtki i buty. Spisałam listę rzeczy, których ewidentnie potrzebuję (spodnie, kilka koszulek i wygodny sweter, a to ci niespodzianka! Przyda się też cieplejszy płaszcz). Odświeżyłam buty, wymieniłam sznurówki i kupiłam ocieplane wkładki do botków. Kilka niezbędnych rzeczy już udało mi się kupić, a z resztą poczekam na wyprzedaże, bo jestem na tyle ogarnięta z moją kapsułką, że spokojnie obejdę się bez, a jeśli się trafią, to wspaniale!

 A więc czas na kontynuację. Po tym, jak uzupełnię jesienne braki, przyjrzę się tym zimowym. I pewnie wtedy też się odezwę z placu boju, bo projekt szafy kapsułkowej to w pewnym sensie wojna – z zakupoholizmem, z zachciankami i brakiem stanowczości z mojej strony. Jest za to prowadzona w zgodzie z moim portfelem i nadzieją na to, że w końcu odnajdę swój styl, zdecyduję o wiodących kolorach i będę się czuć z moimi ubraniami dobrze.

Jak w drugiej skórze, nie w przebraniu.

O mnie: Zobacz wszystkie posty Strona autora

Nadine Lu

24 latka z Końca Świata. Młoda Mama, świeża Żona Pana Wysokiego, Blogerka, przyszła autorka bestsellerów.

  • Moją garderobę też buduję od nowa. Nie rezygnuję z koloru bo nie lubię czerni i szarości.

  • Moje pierwsze i najważniejsze pytanie ! Skąd masz te wieszaki ze zdjęcia? Potrzebuję dokładnie takich samych a nie bardzo mogę znaleźć je w necie. Może masz sprawdzone miejsce? Będę wdzięczna za info 🙂 Nawiasem mówiąc bardzo podobają mi się wpisy z tej tematyki, sama jestem na etapie opuszczania rodzinnego gniazda i nie chcę zaczynać nowego początku od kartonów z ciuchami:)

  • ewa

    Ja właśnie jestem cały czas w trakcie. Nie trzymam się sztywno zasad, zaczęłam po prostu od pozbycia się wszystkiego, w czym czułam się źle, nie lubiłam tego, nie nosiłam, bo było niewygodne w użytkowaniu (nie lubię prasować i z reguły tego nie robię :D). Po czym spisałam to, czego mi na pewno brakuje i czego od dłuższego czasu szukałam. Po czym… wybrałam się do krawcowej i uszyłam 🙂 Bardzo polecam to rozwiązanie – mam krawcową w małej miejscowości, więc uszycie marynarki na podszewce kosztowało razem z materiałami 124 zł – tyle co w sieciówce, a podszewka z wiskozy 🙂 Co prawda marynarki nie są wełniane (mam białego kota, więc to w ogóle nie wchodzi w grę), ale są świetne. Sprawa była o tyle prosta, że miałam jedną ulubioną marynarkę, więc kupiłam materiały i poprosiłam o odszycie bardzo podobnych 🙂 To samo zrobiłam z sukienkami. Swetry robię sobie sama. I dużo odkryłam na temat tego, w czym najbardziej lubię chodzić 🙂 Trochę mi się co prawda znów szafa rozrosła przez to „budowanie”, ale część rzeczy teraz testuję w taki sposób: zmuszam się do założenia tego, co rzadko zakładam, myślę dzień wczesniej nad dodatkami, żeby wyglądać na tip-top, i rano robię zdjęcie. Z kilkoma ciuchami tak się polubiłam, bo dopiero robiąc zdjęcie wyszło na to, że wyglądam w nich na prawdę dobrze 🙂

UA-36089368-1